Ułatwienia dostępu
PL EN

Sentymenty

Nieodłącznym elementem wyposażenia klas szkolnych były i są ławki. To właśnie w nich uczniowie spędzają najwięcej czasu podczas pobytu w szkole. Te starsze, drewniane wspominamy dziś z sentymentem. Siedząc w ławce, uczyliśmy się pisania, kreśląc w zeszytach niezgrabne literki. To w ławce zawiązywały się pierwsze przyjaźnie z osobą siedzącą obok. Dziś jeszcze używa się określenia: „kolega z ławy szkolnej”.

Z wielkim sentymentem lata w szkolnej ławie wspomina uczennica, a później dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 12 w gdyńskiej dzielnicy Witomino – Dorota Wypych:

„12” to zielone, drewniane ławki (blaty połączone z siedziskiem) z otworem przeznaczonym na kałamarz, w którym znajdował się czarodziejski płyn, zwany atramentem. Chcąc cokolwiek napisać należało namoczyć stalówkę pióra w niebieskim atramencie, uważając jednocześnie, aby nie było go ani za dużo, ani za mało. Często stalówka lub jej właściciel nabrał za dużo atramentu, wtedy zeszyty wzbogacały się o dodatkowe ozdobne elementy w postaci kleksów…

Muzealny eksponat

Ławki mają swoją historię, tę zapisaną w literaturze, ale i tę wyrytą na blacie scyzorykiem czy szpikulcem cyrkla. W ciągu lat użytkowania przez coraz to nowych uczniów, na ławce przybywało informacji, głównie wzorów matematycznych czy chemicznych, ważniejszych dat z historii. Były to najprostsze ściągawki przydatne podczas odpowiedzi czy klasówki z różnych przedmiotów szkolnych. Nie brakowało także anonimowych wyznań miłosnych. „Kto na ławce wyciął serce i podpisał głupiej Elce?” – śpiewały Czerwone Gitary.

Takie właśnie zapisy, przeważnie wyznania miłosne w języku angielskim wyryte ostrym narzędziem, znalazły się również na naszej muzealnej ławce. Mebel pochodzi z wyposażenia Szkoły Podstawowej w Chwaszczynie. Do muzeum trafił w 1996 roku i zapisany został w inwentarzach pod sygnaturą MMG/HM/III/485. Dwuosobowa ławka wykonana jest z drewna, ma 78 cm wysokości, 82 szerokości i 120 cm długości. Jej elementy łączone są listwami i oryginalnymi śrubami. Tylko blat, pochylony nieco w kierunku ucznia, pomalowany jest zieloną farbą olejną. Pośrodku pulpitu zachowano miejsce na okrągły kałamarz oraz dwa wgłębienia na przybory do pisania po obu jego stronach. Pod pulpitem znajdują się dwie półki na książki i zeszyty. Ławka posiada oparcie dla siedzących, a jej przód zabudowany jest dwiema szerokimi deskami łączonymi pośrodku poziomą kantówką. Podobne konstrukcje ławek widać zarówno na przedwojennych, jak i powojennych fotografiach. Trudno jest więc ustalić okres jej wyprodukowania.

Historia ławki szkolnej

Jej poprzednikiem było skryptorium – drewniany, lekko pochylony do przodu pulpit służący zakonnikom do przepisywania ksiąg. Ławka dla uczniów pojawiła się prawdopodobnie w pierwszych szkołach zakładanych przez zakony jezuitów i pijarów, których powołaniem było m.in. szerzenie oświaty.

W dawnych klasach elementarnych placówek, szczególnie wiejskich, pojawiały się jednoosobowe drewniane ławki szkolne. Posiadały siedzisko, którego wysokość można było regulować, i otwierany pulpit z otworem na kałamarz. W dolnej części miały wmontowane deseczki, służące za podpórki na nogi. Te udogodnienia zależały jednak od pomysłowości i umiejętności mistrzów stolarskich.

Aż do połowy XX wieku ławka wykonywana była z drewna i stanowiła jeden element. Nieruchomy blat był połączony z siedziskiem. Pulpit ławki był nieco pochylony w stronę osoby siedzącej. Siedzący uczeń opierał się o przód ławki stojącej za nim. Jedynie ostatnie ławki w rzędzie posiadały oparcie na plecy. We wszystkich meblach znajdował się okrągły otwór na kałamarz wspólny dla dwóch osób oraz niewielkie podłużne zagłębienia na odłożone pióro czy ołówek. W zależności od zamożności i możliwości lokalowych szkoły, ławki mieściły od dwóch do pięciu uczniów. Czasami zdarzały się klasy tak liczne, że część dzieci przysiadało się do zajętych już ławek.

W latach pięćdziesiątych XX wieku pojawił się nowy typ ławek. Blat z półką i siedzisko nadal pozostawały drewniane, natomiast element łączący obie części i nóżki ławki stały się metalowe. Charakterystyczną cechą szkolnych ławek z różnych okresów był zielony kolor pulpitów malowanych farbą olejną. Współczesne ławki szkolne wykonane są z lekkiego materiału, według najnowszych zasad ergonomii. Czy będą także budzić sentyment, jak te stare, w których uczniowie spędzali sporą część dnia?

Ławki w gdyński szkołach

Przez wieki ławki wykonywane były przez stolarzy, ale wraz z rozwojem oświaty i szkolnictwa na wsiach i w miastach, szczególnie w XIX wieku, produkcją ławek zajęły się fabryki. Na Pomorzu od 1899 roku działała Fabryka Mebli w Gościcinie, która prawdopodobnie do czasu wybuchu II wojny światowej sporadycznie realizowała zamówienia na ławki szkolne. Natomiast w latach 1945-1952 ich produkcja, obok mebli domowych i biurowych, weszła w skład stałej oferty fabryki. Także powstała w 1947 roku Wytwórnia Mebli Szkolnych w Kartuzach wyposażała w meble gdyńskie szkoły. Oba wspomniane ośrodki, zlokalizowane były na tyle blisko, że gdyńskie władze oświatowe mogły korzystać z ich ofert.

XIX wiek na Pomorzu to okres znacznego rozwoju szkolnictwa. Szkoły utrzymywane były przez gminy i w zależności od ich zamożności kształtowało się wyposażenie placówek. W samej Gdyni (Gdingen) pierwsza szkoła założona została w 1836 roku. W tym czasie istniały już szkoły w Chyloni i Obłużu. Z reguły były one słabo wyposażone w meble, przybory szkolne i pomoce naukowe.

Szkoła w Gdyni znajdowała się przy obecnej ul. Starowiejskiej w starym, pokrytym strzechą budynku, który dzieliła z pocztą. Na niewielkiej powierzchni utworzono dwie izby lekcyjne. Jak wspominają nauczyciele, którzy pracę w Gdyni podjęli na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku, klasy w szkole miały ławki pięcio- i ośmioosobowe, ciągnące się na całej niemal szerokości pomieszczenia. Ciasnota nie sprzyjała edukacji, szczególnie rozwijaniu umiejętności pisania. Nauczycielowi trudno było zajrzeć do zeszytu każdego ucznia i na bieżąco oceniać postępy w nauce. Dzieci nie mieściły się w ławkach. Niektóre z nich stały lub siedziały pod ścianą. Po 1925 roku, w związku z rozbudową Gdyni i ciągłym napływem ludności, w klasie musiało się pomieścić nawet siedemdziesięcioro dzieci.

Kiedy w 1928 roku oddano do użytku nowy budynek szkolny, jego wyposażenie w meble, pomoce naukowe i książki tak się zmieniło, że „jedynkę” nazywano nawet gdyńskim uniwersytetem. Inaczej wyglądały wówczas ławki szkolne. Przeznaczone dla dwóch uczniów, z kałamarzem pośrodku i półką pod pulpitem na książki dawały komfort w pracy. Widzimy je na pamiątkowych fotografiach.

Porównując obie fotografie, pochodzące z tego samego okresu, zauważamy różnicę w wyglądzie ławek. Prawdopodobnie wyprodukowane zostały w różnych fabrykach. Nie wiemy jednak, gdzie konkretnie je zakupiono. Zachowała się natomiast informacja o pochodzeniu mebli w Szkole Powszechnej nr 10 w Chyloni, którą udostępniono uczniom w 1935 roku. Jej ówczesny kierownik Franciszek Kortas w kronice szkolnej podaje:

Umeblowanie stanowią stoliki i krzesełka, co zaprowadzono po raz pierwszy na terenie Gdyni tytułem próby. Sprzęt wykonany z drzewa bukowego przez Fabrykę Krzeseł w Gościcinie pow. Morski, jest solidny i stanowi pewnego rodzaju ozdobę szkoły.

Krzesełka uczniowskie widoczne są na zdjęciu wykonanym w dniu poświęcenia i otwarcia szkoły 4 września 1935 roku.

Większość przedwojennych ławek szkolnych użytkowana była także podczas okupacji niemieckiej i przez długie lata powojenne. Dziś spotkać je można już tylko w muzeach.                                    

Barbara Mikołajczuk

Wybrana literatura

  • Zbigniew Klotzke, 100-lecie Gościcińskiej Fabryki Mebli, Gościcino 1999.
  • Kronika Publicznej Szkoły Powszechnej Nr 10 w Gdyni, przy ul. Lubawskiej
  • Szkoła Podstawowa nr 12 w Gdyni1935-2005, Gdynia 2005.
  • Mirosława Walicka, Gdynia. Pejzaż sprzed wojny, Gdańsk 1982.
  • FPN Kartuzy | https://fpn.pl, dostęp: 12.09.2022.
  • https://pl.wikipedia.org/wiki/Ławka_szkolna, dostęp: 14.09.2022.

 W 2018 roku do zbioru Muzeum Miasta Gdyni przyjęto pewną metalową tablicę, która nie budziłaby większego zainteresowania, gdyby nie fakt, że zawierała zupełnie różne treści po obu stronach – na awersie pamiątkę pracowników warszawskiej Fabryki Samochodów Osobowych, a na rewersie szyld Klubu Morskiego z Gdyni.

Dziś praktycznie nie do pomyślenia, zaś w czasach kryzysu gospodarczego dwukrotne wykorzystanie tego samego obiektu było normalnym zjawiskiem. Zdarzało się, że na korespondencję odpowiadano na odwrotnej stronie pisma czy listu, a tuż po wojnie w polskich urzędach z powodu oszczędności papieru wykorzystywano dokumenty poniemieckie. Nic więc dziwnego, że dwukrotnie użyto również metalowej tablicy – wystarczyło odwrócić gotową płytę, nanieść nową informację i przymocować do ściany.

Awers

Pierwszą tablicę o wymiarach 40 x 59,5 cm ufundowali pracownicy Fabryki Samochodów Osobowych dla załogi statku MS Warszawa. Okazja do tego była wyjątkowa. W 1951 roku pierwszy model samochodu Warszawa M20zjechał z taśmy montażowej, a statek Warszawa został zakupiony na potrzeby Polskich Linii Oceanicznych (później Polsko-Chińskiego Towarzystwa Okrętowego Chipolbrok). Autor projektu płyty zaproponował nie tylko tekst: „DLA ZAŁOGI M/S WARSZAWA ZAŁOGA FABRYKI SAMOCHODÓW OSOBOWYCH”, ale również graficzną projekcję pierwszego samochodu osobowego wyprodukowanego w FSO. Gdy przyjrzymy się tablicy uważniej, nad napisem znajdziemy namalowany czerwoną farbą symbol M20, a na dole – rysunek samochodu osobowego Warszawa.

Awers tablicy pamiątkowej z MS Warszawa, [1956] (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni).

Na przedwojennych statkach i okrętach podwodnych tablice pamiątkowe mocowano na zewnętrznych ścianach mostków kapitańskich lub tzw. kiosków, np. na okręcie ORP Wicher w 1937 roku umieszczono tam tablicę poświęconą pierwszej morskiej podróży Józefa Piłsudskiego z Madery do Gdyni. Nie wiemy jednak, gdzie umieszczona była tablica na MS Warszawa. Brakuje również dokładnej informacji, kiedy została podarowana, ale z dużym prawdopodobieństwem stało się to w roku 1956, kiedy w FSO wyprodukowano pierwszą Warszawę wyłącznie z polskich (a nie jak wcześniej radzieckich) podzespołów.

Rewers

MS Warszawa pływała pod polską banderą do 1963 roku, kiedy z niewiadomych powodów przekazano ją Chińskiej Republice Ludowej. Samą tablicę zdjęto i – by nie marnować materiału – wykorzystano ponownie. Tym razem stała się szyldem znamionowym Klubu Morskiego w Gdyni. Zarówno zamieszczony na rewersie napis „ZWIĄZEK ZAWODOWY MARYNARZY i KLUB MORSKI MARITIME CLUB w GDYNI”, jak i emblemat ZZMP (widoczny w lewym górnym narożniku) zostały wykonane nieco staranniej niż awers. Klub Morski (wcześniej Inter-Club) powstał w 1957 roku, a dwa lata później zmienił nazwę na Klub Związku Zawodowego Marynarzy i Portowców. Jego siedziba znajdowała się w budynku przy ul. 10 Lutego 7 w Gdyni aż do jego zamknięcia w 1989 roku. Co ciekawe, oszczędność działaczy Klubu Morskiego przejawiła się także w momencie zmiany struktury związku zawodowego i skrócenia jego nazwy. Wówczas na tablicy po słowach „i Portowców” został tylko ślad.

Rewers tablicy pamiątkowej z m/s Warszawa wykorzystany jako szyld Klubu Morskiego (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni).

Zastanawiający dla historyka jest brak w prasie wybrzeżowej szerszych informacji na temat nie tylko powstania Chipolbroku, ale również dalszych losów motorowca Warszawa, pływającego pod banderą polsko-chińskiej spółki żeglugowej na linii azjatyckiej. Możemy się też tylko domyślać, jak wyglądało przekazanie załodze MS Warszawa tablicy wyprodukowanej przez załogę FSO? Pozostaje nam wierzyć, że archiwa skrywają jeszcze wiele fascynujących informacji.

Dzieje jednej tablicy

A jak tablica trafiła do Muzeum Miasta Gdyni? Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku jeden z naszych Darczyńców przeszukiwał złomowisko przy ulicy Węglowej w Gdyni. Szukał części metalowych, które mógłby wykorzystać przy budowie własnej łodzi. Zdecydował się na kupno metalowej płyty. Nie zainteresowały go wówczas napisy, nieczytelne z powodu silnego zabrudzenia. Metalowy przedmiot schował do garażu i dopiero po prawie 30 latach odczytał treści zawarte na odkrytej na nowo płycie. Uznał ją za ciekawy i ważny dla historii Gdyni obiekt, który powinien znaleźć się w zbiorach muzealnych.

Barbara Mikołajczuk

Bibliografia:

Pamiątki po Tadeuszu Wendzie zajmują ważne miejsce w zbiorach Muzeum Miasta Gdyni, bo dokumentują życie i pracę budowniczego gdyńskiego portu. Jedną z nich jest faksymile, czyli pieczęć z dokładną kopią podpisu, którą posługiwał się inżynier w latach trzydziestych XX wieku podczas pracy w Biurze Budowy Portu w Gdyni.  

Pieczęć o drewnianym uchwycie, zakończona kulistą gałką, charakteryzuje się lekkością i poręcznością. Uchwyt, pokryty czarnym lakierem, zawiera blaszany znacznik (element wskazujący prawidłowe ustawienie pieczęci), na którym umieszczono wypukły napis z nazwą producenta i numerem telefonu. W polu pieczęci widnieje sygnatura „T. Wenda” w formie odręcznego podpisu inżyniera. Przy tak dużej liczbie dokumentów i listów, wymagających osobistego poświadczenia, taka pieczęć z pewnością znacznie usprawniała codzienną pracę kierownika budowy i głównego projektanta portu.

Historia tego egzemplarza rozpoczyna się w wytwórni stempli i szyldów Mariana Magera. Mager, jako przedstawiciel zakładu Bydgoskiej Fabryki Stempli Franciszka Zawadzkiego, przybył do Gdyni w 1928 roku. Rok później otworzył swój zakład stemplarski w willi Stella Maris przy Placu Kaszubskim. W 1934 roku zamieścił ogłoszenie w czasopiśmie „Latarnia Morska. Przez morze do mocarstwa”, w którym reklamował się następująco: „Stemple i szyldy / Marjan Mager, Plac Kaszubski 19 / tel. 14-64, tablice emaljowane – rytownictwo – klisze i szablony”. Oprócz sprzedaży stempli, zajmował się również naprawą kas fiskalnych „National Cash Register Company”, maszyn do pisania „Royal” i liczenia „Astra”.

Firma cieszyła się dużym powodzeniem aż do nadejścia II wojny światowej. W 1939 roku zakład został zlikwidowany przez okupanta, a budynek wyburzony. W latach czterdziestych XX wieku Mager ponownie otworzył sklep, tym razem przy ulicy I Armii Wojska Polskiego 9, gdzie razem z Michałem Piegatem, oprócz sprzedaży stempli, zajmował się naprawą maszyn biurowych i przerabianiem czcionek na polski alfabet. Firma rozwijała się prężnie – w 1947 roku Mager postanowił, że wyremontuje przydzielony mu dom przy ulicy Długiej 72 w Gdańsku, w którym otworzył oddział wytwórni stempli i warsztat naprawy maszyn biurowych oraz fiskalnych. W „Dzienniku Bałtyckim” z tego okresu widnieją również reklamy punktu sprzedaży przy ulicy Starowiejskiej w Gdyni.

Historyczną pieczęć przekazał muzeum Jerzy Wenda – syn inżyniera. Stanowi ona niezwykłą pamiątkę po wybitnym projektancie i budowniczym gdyńskiego portu. W zbiorach Muzeum Miasta Gdyni, oprócz faksymile, znajduje się również pieczęć Józefa Kliksa – znanego gdyńskiego zegarmistrza – wyprodukowana właśnie w zakładzie Mariana Magera.

Joanna Mróz

Kapelusz o ciemnobrązowej barwie, opatrzony rypsową wstążką, z lekko wywiniętym do góry rondem, został wykonany z filcu welurowego, charakteryzującego się elastycznością i miękkością. To właśnie jego połyskliwa faktura, kształt i sposób wykończenia sprawiły, że był pożądanym nakryciem głowy wśród mężczyzn w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Do dziś zachwyca nie tylko swoim zewnętrznym kształtem, ale i wewnętrznym wykończeniem. W jego środku znajduje się skórzany potnik, czyli pasek z brązowej skóry oraz jasnobeżowa podszewka, na której nadrukowano nazwę producenta Hückel Superior. Całość zwieńczono miniaturowymi herbem i medalami zdobytymi przez firmę. Poniżej widoczna jest nazwa i adres dystrybutora: „Czesław Nowacki / Gdynia / ul. Starowiejska 7”. Na skórzanym potniku powtórzono motyw herbu, składającego się z wizerunku zająca i prawdopodobnie bobra trzymających rozwinięty rulon papieru z literami „I,J,I,S”, splecionymi ze sobą. Nad nimi kapelusze, poniżej data założenia firmy, a obok nazwa rodzaju: Hückel Superior Velour. W miejscu zszywania potnika znajduje się muszka, która wskazuje prawidłowe zakładanie kapelusza.

Kapelusz pochodzi ze sklepu, zlokalizowanego niegdyś przy ulicy Starowiejskiej 7 w Gdyni. Jego właściciel, Czesław Nowacki był kupcem z branży konfekcyjno-galanteryjnej, jak również działaczem społecznym. Urodził się w 1893 roku w Boruszynie Wielkopolskim, a w Gdyni zamieszkał pod koniec lat dwudziestych XX wieku. 29 czerwca 1933 roku zamieścił ogłoszenie w „Gazecie Gdańskiej”, w którym oznajmił:

P. T. Szanownej Publiczności donoszę najuprzejmiej, że z dniem dzisiejszym otwieram przy ul. Starowiejskiej nr. 7 specjalny magazyn artykułów i galanterji męskiej / Polecając moje przedsiębiorstwo łask. uwadze, zapewniam skorą i solidną obsługę / Czesław Nowacki.

Jego zakład mieścił się w kamienicy Juliusza Hundsdorffa, który w 1927 roku poślubił siostrę Czesława – Helenę Nowacką.

Specjalnością Nowackiego, co podkreślał w ogłoszeniach, była sprzedaż kapeluszy Hückel, które sprowadzał ze skoczowskiej wytwórni, działającej od 1923 roku. Firma ta produkowała głównie kapelusze męskie w trzech rodzajach – gładkiej, welurowej i zamszowej. To właśnie ten zakład wyrobów filcowych kontynuował długoletnią tradycję fabryki Hückel Sohne, zlokalizowanej w Nowym Jiczinie, a powstałej w 1799 roku. Oprócz Skoczowa miała swoje oddziały również w Raciborzu oraz Wiedniu.

Czesław Nowacki nie tylko słynął ze sprzedaży kapeluszy, ale też z zaangażowania w życie miasta. W 1936 roku został jednym z radców Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni. Był również członkiem Towarzystwa Kupców Samodzielnych, Zarządu Koła Związku Oficerów Rezerwy oraz prezesem Korporacji Kupieckiej. Sklep prowadził do wybuchu wojny w 1939 roku, kiedy to został aresztowany, a następnie zamordowany przez Niemców w lasach Piaśnicy.

Pamięć o nim przetrwała m.in. dzięki ciemnobrązowemu kapeluszowi, który znajduje się w zbiorach Muzeum Miasta Gdyni. Obiekt został przekazany przez Łucjana Hundsdorffa, syna kupca Juliusza Hundsdorffa.

Joanna Mróz

Kapelusz męski firmy „Hückel Superior Velour” pochodzący ze sklepu Czesława Nowackiego w Gdyni przy ul. Starowiejskiej 7, przed 1939 r., ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, fot. Leszek Żurek

Tytułowe „Zbiory” to pojęcie bardzo wieloznaczne. W pierwotnym znaczeniu zbiory to przede wszystkim zebrany plon: z pola, sadu czy ogrodu oraz czynność związana z tzw. zbieraniem i zwożeniem płodów ziemi, charakterystycznych dla odrębnych kultur i zapewniających im przetrwanie. Jako projektanci całe życie zbieramy obserwacje i działania, które składają się na zawodowe i życiowe doświadczenie a także na wspólny dorobek naszej społeczności.

Zbiorem jest każda całość składająca się z jakichś elementów, każda „kolekcja”… Zbiór to też stan posiadania, wiele wystawianych prac pochodzi ze zbiorów własnych artystów, kolekcjonerów lub instytucji. Nie tylko w matematyce zbiór to „zespół liczb, punktów, elementów zebranych ze względu na jakąś cechę”. Zbiory zawierają się w sobie, tworzą części wspólne, pozwalają na wyodrębnienie z nich podzbiorów.

Wybrane prace mają wszystkie cechy opisane powyżej: pochodzą z naszych zbiorów, z archiwum ASP, mają konkretne – zaprojektowane – cechy, mogą się łączyć w kolekcje w zależności od wybranych kryteriów. Dają się w różny sposób klasyfikować. Wiele z nich można uznać za elementy materialnej kultury. Ludzie codziennie z nich korzystają. Część z nich to jeszcze nie zmaterializowane idee. Zebraliśmy je ze względu na wartości, które ze sobą niosą.

Gwałtowność i skala zmian technologicznych, gospodarczych, społecznych i kulturowych zmusza do definiowania modelu kształcenia, przygotowującego przyszłych projektantów do realizacji nieznanych dzisiaj i nieprzewidywalnych wyzwań.

Podstawowymi elementami takiego modelu są: wiedza o człowieku, jako adresacie projektowanych rozwiązań oraz wiedza o procesach twórczych i poznawczych, stanowiących istotę projektowania.

Zespół Katedry Wzornictwa
deklaracja programowa, 2019

Trochę historii

W roku 1964 w strukturze organizacyjnej PWSSP w Gdańsku, obecnej Akademii Sztuk Pięknych, pojawiły się katedry.

Docent Adam Haupt został kierownikiem Katedry Architektury Okrętów i Form Przemysłowych, która w sposób ciągły, kilkukrotnie zmieniając nazwę, funkcjonuje do dzisiaj. Dwanaście lat później kierownictwo katedry objął profesor Jacek Popek. Katedra zmieniła nazwę na Katedrę Wzornictwa Przemysłowego.

Profesor Jacek Popek nadał gdańskiemu wzornictwu nowy kurs. Było to wzornictwo w dużej mierze oparte na inwentyce, skierowane na rozwiązywanie złożonych problemów funkcjonalnych. Kolejna zmiana nazwy na Katedrę Wzornictwa podyktowana była koniecznością dostosowania nazwy do różnicującego się programu pracowni wchodzących w skład katedry. Coraz silniejsze zróżnicowanie obszarów pracy twórczej członków katedry doprowadziło do powstania w 2019 roku, obok Katedry Wzornictwa drugiej katedry – Katedry Projektowania Produktu.

2021 obecny skład Katedry Wzornictwa
(w porządku alfabetycznym)

Pracownia projektowania architektury okrętów
dr Paweł Gełesz, mgr Krzysztof Bochra

Pracownia projektowania mebla seryjnego
dr hab. Marek Jóźwicki, dr Anna Wachowicz

Pracownia projektowania społecznego
dr hab. Bogumiła Jóźwicka, mgr Bartomiej Lewandowski

Pracownia projektowania wieloaspektowego
dr hab. Marek Średniawa, dr Tomasz Kwiatkowski

katedrawzornictwa.asp.gda.pl

Zobacz zdjęcia z otwarcia wystawy.

Urodzona w dniu 14 września 1932 r. Aleksandra Bibrowicz-Sikorska ukończyła Liceum Plastyczne w Gdyni. W latach  1953-1959 kontynuowała swoją edukację artystyczną na Wydziale Malarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, gdzie uczęszczała na zajęcia z tkaniny u prof. Józefy Wnukowej. Dyplom z Tkaniny Artystycznej obroniła u prof. Piotra Potworowskiego. Artystka uprawiała zarówno malarstwo jak i tworzyła gobeliny, jednak to tkaninie poświęciła gros swojej artystycznej kariery. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku skoncentrowała się na malarstwie na jedwabiu.

Aleksandra Bibrowicz-Sikorska wielokrotnie powracała do wątków morskich w swoich pracach. Nadmorskie krajobrazy stały się głównym źródłem jej artystycznych inspiracji. W wełnianym gobelinie p.t: „Skarpa” (również  w zbiorach Muzeum Miasta Gdyni) artystka jako dekorację wykorzystała naturalne muszle. W zbiorach naszego muzeum znajduje się także kilka innych prac poświęconych tematyce morza, w tym miniatura tkacka „Wspomnienie lata”  gobelin „Wieczorny przelot łabędzi nad morzem” oraz gobelin „Po sztormie”.

Malowana na jedwabiu „Głębia” Aleksandry Bibrowicz-Sikorskiej z 1994 r. (wym. wys. 190 cm x szer. 140 cm) jest niezwykle ciekawą interpretacją przestrzeni morskiej. Eteryczna, delikatna i pełna finezji, będąca na pograniczu abstrakcji praca doskonale imituje „lejące się strugi” szmaragdowej, granatowej i zielonej farby. Kolory są zestawione harmonijnie. Przedstawienie to, choć bardzo umowne w swojej formie, budzi  skojarzenia ze światem morskiej flory i fauny widzianej pod załamującą się falą wody.

Poprzez pewne niedopowiedzenia i abstrakcyjne potraktowanie form artystka pozostawia widzowi pole do interpretacji. Rezygnuje z dosłownego przekazu, podpowiada i sugeruje, operując przy tym kolorystyką oszczędną, ale umiejętnie dobraną.

Prace Aleksandry Bibrowicz-Sikorskiej znajdują się również w zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku oraz w wielu kolekcjach prywatnych, zarówno europejskich jak i pozaeuropejskich.

To właśnie z jej inicjatywy powstało Nadbałtyckie Triennale Miniatury Tkackiej w Gdyni (obecnie Baltic Mini Textile Gdynia). Artystka pragnęła stworzyć w Gdyni cyklicznie odbywające się wydarzenie artystyczne, na którym twórcy z całego świata mieliby okazję zaprezentować swoje miniaturowe prace wykorzystujące splot.

W tym roku odbędzie się kolejna, 12 edycja Baltic Mini Textile. Tym razem głównym tematem będzie natura Muzeum Miasta Gdyni posiada w swoich zbiorach ponad 300 miniatur tkackich.

 

Gabriela Zbirohowska-Kościa

 

Aleksandra Bibrowicz-Sikorska, Głębia, 1994, 190×140 cm, malowanie na jedwabiu, MMG, fot. Gabriela Zbirohowska-Kościa

Latarki od wieków oświetlały nam drogi, pomieszczenia, jak i pomagały w kierowaniu ruchem drogowym. Na przestrzeni lat zmieniał się ich wygląd oraz zastosowane technologie. Różniły się od siebie wielkością – od małych, stawianych na stołach, po wielkogabarytowe lampy uliczne – oraz źródłem zasilania. Były używane w gospodarstwie, przemyśle czy też kolejnictwie.

W drugiej połowie XIX wieku niemiecki fizyk Friedrich Wöhler odkrył węglik wapnia – karbid. Zauważył, że podczas połączenia wody z karbidem, w wyniku reakcji chemicznej, wydziela się gaz palny – acetylen. Od tego czasu zaczęto konstruować acetylenowe lampy, czyli tzw. karbidówki, które miały za zadanie poprawić warunki pracy górników czy kolejarzy. Największą popularność zyskały przenośne latarki karbidowe. Jedną z nich przekazano do naszych zbiorów w 2011 roku. Jest to niemiecka latarka kolejowa z czasów II wojny światowej, którą znaleziono na terenie naszego miasta. Takie przedmioty, jak ta latarka, mogły być świadkiem niezwykłych historii.

Obiekt został wykonany z bakelitu. Istotną zaletą tego tworzywa jest niepalność i nierozpuszczalność. Do jego odkrycia przyczynił się, na początku XX wieku, belgijski przemysłowiec Leo Hendrik Beakeland. Bakelit często wykorzystywano do konstrukcji lamp karbidowych, służył też jako materiał izolacyjny w przemyśle elektrotechnicznym.

Obudowa latarki, o gładkiej fakturze, ma liczne wzory – można zauważyć różnego rodzaju kształty przypominające np. linie papilarne. Obiekt składa się z dwóch części – cylindrycznej podstawy i korpusu w formie sześcianu. Podstawę latarki przeznaczono na zbiornik karbidu. W obiekcie uwzględniono trzy otwory w ściankach, w których umieszczono przeszklenia. Szybka znajdująca się z przodu latarki jest czerwona, natomiast dwie pozostałe, boczne, są przezroczyste. Przednia ścianka jest ruchoma, otwierana, umocowana na zawiasach. Do przenoszenia latarki służył ruchomy uchwyt zamocowany w górnej części latarki. Palnik wewnątrz urządzenia opatrzony był lustrzanym reflektorem rozpraszającym światło.

Można spostrzec, że na tylnej ściance latarki, na aluminiowym uchwycie, został wybity orzeł III Rzeszy wraz z sygnaturą „WaA 14 F”. Co ciekawe, Niemcy podczas II wojny światowej nie posługiwali się pełnymi nazwami producentów, ponieważ chcieli ochronić zakłady przemysłowe, które produkowały sprzęt wojenny – objęte były tajemnicą państwową.

Latarka kolejowa nie tylko oświetlała drogi i wagony kolejowe, służyła też do kierowania ruchem drogowym. W książce Przepisy Ruchu (FV), wydanej przez Dyrekcję Kolei Rzeszy w 1943 roku, pisano: „Wysłani pracownicy, którzy gdy jest ciemno i przy nieprzejrzystym powietrzu, mają ze sobą latarkę ręczną z czerwonym światłem, podają zbliżającemu się pociągowi sygnały <<Stój>> (…)”.

Możliwe, że nasz eksponat nosi historię człowieka, część jego losu, który nie jest nam znany. Być może należał on do nastawniczego stacji, który codziennie wykonywał swoją pracę. Niewątpliwie latarka kolejowa przypomina nam o czasie, który już nie wróci. Pamiętajmy, by chronić obiekty, które są, może jedynym, świadkiem historii. Odnajdźmy w nich zaginione światło.

Joanna Mróz

MMG/HM/III/2713, Latarka kolejowa, znaleziona na terenie Gdyni, 1939-1945, zbiory MMG. Fot. Leszek Żurek

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”

 

Linoryt Wojciecha Kostiuka powstał w 1971 roku, a więc krótko po wydarzeniach na Wybrzeżu. Praca przedstawia tłumy robotników podążające szeroką ulicą w centrum miasta. Na czele pochodu widać niesionego na drzwiach poległego kolegę. Historia zna tylko jeden taki przypadek. I chociaż w kulturze i historii posługujemy się figurą Janka Wiśniewskiego, to poległym w wydarzeniach grudniowych robotnikiem był 18-letni Zbyszek Godlewski. Pochód z jego ciałem przeszedł najważniejszymi arteriami Gdyni – ulicami Morską (wówczas Czerwonych Kosynierów), Podjazd, 10 Lutego i Świętojańską pod siedzibę Miejskiej Rady Narodowej, czyli obecny Urząd Miasta przy alei Marszałka Piłsudskiego.

Bardzo wymowny pozostaje tytuł pracy: Gdynia – Grudzień 70. Aby czas nie zatarł pamięci. Wydarzenia Grudnia ’70 wielokrotnie pojawiały się w popkulturze. Jednym z najbardziej znanych odniesień jest Ballada o Janku Wiśniewskim. Najlepiej rozpoznawalną wersją Ballady jest ta z muzyką Andrzeja Korzyńskiego. Ciekawostką może być fakt, że pierwotną melodię do tekstu napisał w 1980 roku Mieczysław Cholewa, który paradoksalnie okazał się tajnym współpracownikiem SB.

Ballada pojawia się w wielu polskich filmach. Jednym z nich jest Człowiek z żelaza Andrzeja Wajdy z 1981 roku. Film opowiada co prawda o wydarzeniach z sierpnia 1980 roku, lecz nawiązuje do wcześniejszych starć milicji z robotnikami. Cała historia jest kontynuacją Człowieka z marmuru, którego bohater Mateusz Birkut ginie w grudniu 1970 roku, o czym dowiadujemy się z fabuły Człowieka z żelaza. W dziele Wajdy balladę śpiewała, grająca rolę reżyserki Agnieszki, Krystyna Janda. Próbą wiernego odwzorowania wydarzeń z grudnia był film Czarny czwartek Antoniego Krauzego z 2011 roku. Nazwa niekiedy rozszerzana jest o wers bezpośrednio nawiązujący do utworu: Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł, który na potrzeby dramatu nagrał Kazik Staszewski.

Ballada nie zawsze funkcjonuje w kontekście wydarzeń grudniowych. W Psach Władysława Pasikowskiego z 1992 roku utwór śpiewają pijani policjanci, będący ex-funkcjonariuszami SB, ciągnący nieprzytomnego kolegę. Część odbiorców uznała scenę za obrazoburczą i kpiącą z tragedii.

Wydarzenia Grudnia ‘70 są dla mieszkańców Wybrzeża, a zwłaszcza dla gdynian i gdańszczan, wciąż żywym i bolesnym doświadczeniem walki o lepszą Polskę. Gdyńscy artyści nie pozwalają, aby – w myśl tytułu pracy Kostiuka wydarzenia sprzed lat ogarnął mrok zapomnienia.

 

Marta Borowska-Tryczak

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”

 

MMG/SZ/1878 Wojciech Kostiuk, Gdynia – Grudzień 70. Aby czas nie zatarł pamięci, 1971, linoryt na papierze, 43 cm x 30,5 cm, Muzeum Miasta Gdyni

Do zbiorów Muzeum Miasta Gdyni trafiają niezwykłe pamiątki z minionych czasów Często nieznane są ich historie. Można się tylko domyślać ich przeznaczenia. Takie właśnie obiekty chcę dziś zaprezentować. Najważniejsze w nich dotyczą ciekawych zdarzeń z dziejów Gdyni, jednak ukazanych w niecodzienny sposób. A więc nie tylko treść, ale i forma są w nich niezwykłe. Mowa tu o muszelce z kolorową kalkomanią i pocztówce z naklejonym piaskiem morskim. Oba przedmioty są przekazem historycznym, pośrednio także związanym z powrotem Polski nad Bałtyk.

Muszelka, o wymiarach 43 x 40 mm, jakich dużo znaleźć można na plażach nadmorskich, wykorzystana została jako przypinka do ubrania, na agrafce, z kokardką w narodowych barwach. Muzeum Miasta Gdyni kupiło obiekt od antykwariusza z Katowic. Prawdopodobnie nie poznamy proweniencji muszelki. Naklejona na nią barwna kalkomania przedstawia, świadczy też o tym napis, Bazylikę Morską, która postawiona miała być w Gdyni początkowo na Kamiennej Górze a w ostateczności poniżej wzniesienia. Wybuch wojny całkowicie zniweczył realizację planów. Prezentowany na muszelce projekt Bohdana Pniewskiego z 1934 r. ukazuje trzynawowy kościół z wieżami, symbol zjednoczonych ziem trzech zaborów. Całość kształtem nawiązuje do trzymasztowego żaglowca. Muszelka -przypinka musiała być wykonana najwcześniej w tym samym roku. W 1934 r. powstało także, pod kierownictwem ks. Teodora Turzyńskiego, Towarzystwo Budowy Bazyliki Morskiej. Jego celem było m.in. zebranie funduszy na budowę Bazyliki. Zbiórka pieniędzy poprzez sprzedaż różnego rodzaju cegiełek odbywała się w wielu miejscach Gdyni i podczas rozmaitych uroczystości. Także na ulicach miasta. Co jeszcze ciekawsze, obok drukowanych cegiełek z nominałem, można było kupić drobne przedmioty, które stanowiły rodzaj cegiełki. Ponieważ na muszelce nie ma nominału, myślę, że mogły być one rozdawane w zamian za wrzucone do puszki datki. Przypomina to troszkę współczesną akcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z rozdawaniem serduszek za ofiarowane pieniądze, czy podobną, prowadzoną na cmentarzach gdyńskich 1 listopada każdego roku, podczas której wolontariusze zbierają pieniądze na hospicjum, w zamian rozdając kalendarzyki. W 146 numerze „Gazety Gdańskiej” z dnia 27-29.06.1936 r., na stronie 8, ukazał się artykuł pt. Strzelista świątynia u brzegów Bałtyku. Dookoła realizacji projektu budowy Bazyliki Morskiej w Gdyni. Autor dość optymistycznie podawał informacje o perspektywach budowy świątyni, ale najciekawszy jest fragment, który mówi, że fundusze na budowę gdyńskiej świątyni pochodzą także ze sprzedaży „muszelek, pocztówek, cegiełek, żwiru z Kamiennej Góry oraz piasku i drzewa”. Muszelka z wizerunkiem Bazyliki Morskiej, przypięta agrafką do ubrania, przystrojona kokardką w narodowych barwach stawała się swego rodzaju identyfikatorem osoby, która, wpłacając pewną kwotę stawała się fundatorem mającej powstać świątyni.

Drugi, równie ciekawy obiekt, to karta pocztowa o standardowych wymiarach z naklejonym piaskiem morskim. Jest to Pamiątka z Gdyni z okolicznościowym stemplem Związku Legionistów Polskich i dołączonym, jak głosi napis, piaskiem „z polskiego morza i portów”. Stempel o treści „W 25 rocznicę czynu legionowego Związek Legionistów Polskich Oddział Morski w Gdyni 6.VIII.1914 – 6.VIII.1939” nawiązuje do tradycji walk Polaków o wolność ojczyzny. Związek Legionistów Polskich powstał w 1922 r. Zrzeszał uczestników walk o niepodległość w latach I wojny światowej. Gdyński oddział organizacji, tzw. Morski, powołano 5 lat później i to on był inicjatorem pieczętowania pamiątki wymownym tekstem. Okolicznościowy stempel datowany jest na 6 sierpnia 1939 r., a więc na niecały miesiąc przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to konflikt z Niemcami wszedł w fazę bardzo gorącą. Przypomnienie tak bojowej i bohaterskiej organizacji, jaką był Związek Legionistów Polskich, w tym właśnie czasie miało charakter propagandowy, a piasek nadmorski przypominać miał o powrocie Polski nad morze. Pocztówka jest sygnowana, jej projektantem był K. Michniewski. Wydawcą natomiast firma Dziewulski Warszawa. Autor projektu zamieścił na pocztówce zarys polskiego wybrzeża morskiego z Gdynią i Gdańskiem oraz   obowiązujące w Polsce międzywojennym hasło: „Morze to potęga Polski. To twój dobrobyt”.
Słowa: „Do polskich kolonij” były zaś wyrazem marzeń o zamorskich podbojach rodaków w II połowie lat trzydziestych XX w. .

Prezentując dwa obiekty muzealne pragnę także zasugerować możliwości samodzielnego wykonania pamiątki znad Bałtyku. Do wykorzystania są nie tylko muszle, ale także kamyki czy wypolerowane przez fale morskie drewienka. Można na nich farbką, czy zwykłym flamastrem namalować żaglówkę, mewę lub statek. Można też, dla przyszłych pokoleń, zapisać miejsce i datę pobytu nad morzem.

Barbara Mikołajczuk

Obraz Bez tytułu (PLAŻA) Janusza Marii Brzeskiego ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

Rejs po porcie motorówką braci Wilke, wyprawa transatlantykiem do Nowego Jorku, aktywny wypoczynek nad gdyńskim wybrzeżem, nowoczesny kurort oferujący różne atrakcje – z takiego repertuaru możliwości mogli skorzystać zarówno mieszkańcy jak i turyści odwiedzający miasto Gdynia.

Odzyskany przez Polskę w 1919 roku Bałtyk postrzegano jako „morze możliwości”, w metaforycznym i dosłownym tego słowa znaczeniu, w sferze kulturalnej, politycznej, gospodarczej a także turystycznej.

Aktywny wypoczynek nad morzem był regularnie promowany. W publikacjach reklamowych wydawanych przez Gdyński Związek Propagandy Turystycznej propagowano miasto Gdynia jako wytworny kurort i ośrodek wypoczynkowy. Artyści tacy jak Tadeusz Trepkowski i Eugeniusz Szparkowski projektowali plakaty reklamujące morskie połączenia międzynarodowe z Gdyni do Stanów Zjednoczonych i na Bliski Wschód. Zarówno publikacje reklamowe, jak i plakaty utrzymane były głównie w stylistyce art deco.

Duży wkład w rosnące zainteresowanie morzem miała bez wątpienia Liga Morska i Kolonialna, która intensywnie promowała turystykę nadmorską i morską, wszelkiego rodzaju sporty wodne i żeglarstwo. Organizowała ponadto różne wystawy poświęcone tematyce morskiej oraz wyjazdy nad morze i obozy dla młodzieży.

Według wspomnień Wincentego Bartosiaka, ludzie „z nabożeństwem wchodzili do morza”, zabierali wodę morską w butelkach do domu jako podarunek dla swoich bliskich – niektórzy nawet zwykli się nią żegnać. Antoni Wójcicki pisał o wykąpaniu się w polskim morzu jako „podstawowym obywatelskim obowiązku”.

Bracia Robert i Franciszek Wilke, którzy z początku trudnili się rybołówstwem, tak jak ich ojciec, szybko zorientowali się, że turystyka morska sprzyja interesom. Postanowili wykorzystać odziedziczony po ojcu kuter i zaczęli nim obwozić turystów. Po jakimś czasie pojawiły się kolejne, nowe motorówki. W czasie sezonu firma armatorska braci Wilke obsługiwała od 100 do 200 tysięcy pasażerów. Oferowała ona usługi na najwyższym poziomie. Pasażerowie mieli okazję podpatrzeć pracę portu „od strony wody”, zobaczyć, jak działają dźwigi, taśmociągi czy wywrotnica wagonów a towarzyszący im przewodnik przekazywał różnego rodzaju ciekawostki na temat portowych magazynów i urządzeń.

Zbudowane we włoskiej stoczni Cantieri Riuniti dell’ Adriatico w Monfalcone, bliźniacze transatlantyki MS Piłsudski i MS Batory zabierały pasażerów w dalekie wyprawy, m.in. do Nowego Jorku. Takie rejsy były dość kosztowne, ceniono je jednak za wysoką jakość usług, komfortowe wyposażenie i smaczne jedzenie.

Namalowany w 1933 roku obraz Janusza Marii Brzeskiego z cyklu Orłowo Morskie przedstawia dwie kobiety w czarnych strojach kąpielowych, wypoczywające nad morskim brzegiem. Nawiązuje tym samym do zakrojonej na szeroką skalę propagandy turystycznej tamtego okresu.

 

Gabriela Zbirohowska-Kościa

 

 

Włodzimierz Pogoda Radziszewski, pracownik Marynarki Wojennej był człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach. Tworzył słuchowiska radiowe, publikował książki i artykuły (kilkadziesiąt naukowych i kilkaset publicystycznych), napisał także scenariusz filmowy do Oraczy morza. Poza tym wszystkim realizował się jako rysownik i malarz.

Aktywność artystyczna Włodzimierza Pogody Radziszewskiego wzmogła się po przejściu na emeryturę, ale swoją przygodę z malarstwem i rysunkiem rozpoczął już w czasie okupacji, kiedy to pierwszych wskazówek udzielił mu krakowski artysta, Adam Stalony-Dobrzański. Jak sam wspominał: „W okresie dojrzałym zawsze malowałem i rysowałem w wolnych chwilach, znajdując w tym realizację twórczych zamiłowań”. Jego notatnik był wypełniony rozmaitymi szkicami i zapiskami a te powstawały w różnych okolicznościach; czy to w czasie jazdy pociągiem, czy w czasie zebrań. Potrafił bardzo szybko nakreślić karykatury słuchaczy, drzemiących na wykładach, czy sylwetki przysypiającego na sofie kotka lub pieska. Włodzimierz Pogoda Radziszewski uwieczniał panoramy zamków (m.in. zamek Czocha, zamek w Malborku) budynki ośrodków wypoczynkowych, w których też sam przebywał (Kudowa Zdrój, Ciechocinek) pejzaże miejskie oraz malownicze krajobrazy wiejskie. Szczególne miejsce w jego twórczości zajmowały tematy morskie: nastrojowe widoki na rozległe plaże (zarówno gdyńskie jak i zagraniczne), płynące po wodzie statki, wypoczywający nad brzegiem turyści.

Wymiary przechowywanego w Muzeum Miasta Gdyni rysunku Bez Tytułu (Nocturn morski) Włodzimierza Pogody Radziszewskiego wynoszą 30 cm wys. x 42 cm szer. Wykonana techniką pasteli, praca ukazuje widok na zatokę nocną porą. Morze jest gładkie i spokojne. Na pierwszym planie widnieje odwrócona plecami, tajemnicza postać w wysokich, brązowych butach, czarnych spodniach i szarym płaszczu, Postać pochyla się nad czarną łodzią, z której wystają trzy drążki z flagami: dwiema czerwonymi i jedną biało-czerwoną. Obok stoi drewniany pal. Z lewej strony wyłaniają się fragmenty białego budynku. Pokryte zwałami ciemnych, skłębionych chmur niebo jest nieco rozjaśnione w partii horyzontu. Przedstawienie tchnie spokojną, nieco tajemniczą atmosferą.

Jest to jedyny Nocturn spośród 111 prac Włodzimierza Pogody Radziszewskiego, przechowywanych w Muzeum Miasta Gdyni. W zbiorach Muzeum znajduje się również seria nokturnów Maksymiliana Kasprowicza (Nocturn III, V, VI, VII), oraz pojedyncze nokturny Mariana Mokwy i Michała Antoniego-Leszczyńskiego (Nocturn-Dar Pomorza i Lwów).

Gabriela Zbirohowska-Kościa

 

Bibliografia:

  1. J. Jastrzębski, Zatoczywszy wielki krąg (Artyści w mundurach), „Polska Zbrojna” nr 167 (725) (27–29.08.1993).

 

 

Po odzyskaniu dostępu do Bałtyku na mocy traktatu wersalskiego z 1919 roku, morze stało się niewyczerpanym źródłem inspiracji artystycznych. Przedstawiano je w rozmaitych konwencjach – nie tylko jako tło dla konkretnych scen, ale również jako samodzielne przedstawienie żywiołu o różnych obliczach.

Morze fascynowało artystów, przyciągało turystów, postrzegane było przez polskie państwo jako klucz do polityczno-gospodarczego sukcesu. Z drugiej strony żywioł ten, wzbudzał grozę i respekt. W swojej zmienności i nieobliczalności mógł stanowić zagrożenie dla życia marynarzy, rybaków i innych ludzi obcujących z nim bezpośrednio.

Zakupiony w 1934 roku przez Ligę Morską i Kolonialną statek szkolno-handlowy ELEMKA (wcześniej Cap Nord), cudem uniknął zatonięcia w czasie potężnego sztormu na trasie Kilonia-Gdynia. W wyniku zawieruchy zawalił się pierwszy maszt a silniki przestały działać. Jednak dzięki rzuceniu kotwic oraz interwencji holownika ratowniczego, jednostkę uratowano i przeholowano do miejscowości Sassnitz.

Przechowywany w Muzeum Miasta Gdyni rysunek Wzburzone morze Wacława Żaboklickiego został wykonany techniką pastelu na tekturze. Praca nosi wymiary 42,8 x 57,5 cm w świetle passe-partout. Na pierwszym planie ukazane zostały wzburzone, spienione fale. W lewym, dolnym rogu widać kilka głazów, skąpanych w morskiej pianie. W oddali rozciąga się błękitny pas wody. Na horyzoncie majaczą kontury niezidentyfikowanej jednostki. Mniej więcej połowę kompozycji zajmuje partia lekko zachmurzonego nieba. Rysunek charakteryzuje się finezyjnym wykonaniem. Wszystkie elementy kompozycyjne zostały opracowane subtelnymi środkami wyrazu. Artysta pozostawił pewne partie niedorysowane, wykorzystując kolorystykę samego podłoża (beżowa tektura), co nadaje całej kompozycji specyficznego efektu. W swoim klimacie rysunek ten budzi skojarzenia z niektórymi ukiyo-e – japońskimi barwnymi drzeworytami, przedstawiającymi motyw rozpryskujących się lub załamujących się fal. Jednym z ich najznamienijtszych twórców był malarz Katsushika Hokusai.

Żaboklicki powracał do motywu rozgniewanego żywiołu w innych pracach, m.in. w pracy pt. Na wzburzonym morzu, na której widać targany falami, przechylonym na bok statek. Studium fali z obrazu olejnego Morze z 1936 roku wykazuje pewne podobieństwo z powstałym rok wcześniej obrazem Z fali na falę wybitnego marynisty, Antoniego Suchanka. W zbiorach Muzeum Miasta Gdyni znajduje się również wykonany pastelą rysunek Widok portu gdyńskiego Wacława Żaboklickiego.

Ujęcia samego morza i plaży przedstawiali również tacy artyści jak Marian Mokwa, Zygmunt Chmielewski, Adam Batycki oraz August Soter Jaxa-Małachowski.

Tekst: Gabriela Zbirohowska-Kościa