Urodzony w 1913 roku w Mandżurii Stanisław Rolicz pozostawił po sobie bardzo bogatą spuściznę. Był malarzem, grafikiem, zajmował się drzeworytem i technikami metalowymi. Obok sztuk plastycznych pasjonował się muzyką. W czasie studiów na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie kształcił się  w Konserwatorium Muzycznym w klasie skrzypiec. Grał także na fortepianie. Okres studiów przerwał wybuch II wojny światowej.

Po studiach, w latach 1945-1975 artysta pracował jako nauczyciel w Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni. Był także dyrektorem założonego w 1950 roku Ogniska Plastycznego w Gdyni, nauczał w szkolnictwie muzycznym i działał w Związku Polskich Artystów Plastyków w Gdańsku. Stanisław Rolicz zmarł 25 sierpnia 1997 roku. Został pochowany w rodzinnym grobie na Cmentarzu Katolickim w Sopocie.

Stocznia, port, ludzie…

„Ojciec miał fotograficzną pamięć” – opowiadała jedna z jego córek, pani Krystyna – „Jak gdzieś było sześć sztachet, to na obrazie czy grafice również musiało być sześć sztachet”. Chwytał i uwieczniał chwile. „Nawet stojąc pod parasolem, w lejącym deszczu” – mówi pani Krystyna – „szkicował różne piękne, ulotne zjawiska, bo jak mówił, za chwilę może tego nie być”. Wspominała również, że ojciec miał niesamowity dar opowiadania, porywał słuchaczy swoimi historiami.

Działał przede wszystkim jako grafik. Tworzył akwaforty, akwatinty, miedzioryty i drzeworyty. Jego dorobek twórczy uzupełniają obrazy i rysunki. Prace te prezentują bogaty wachlarz tematyczny – od scen marynistycznych aż po portrety i akty.  Ze szczególnym upodobaniem uwieczniał też różnego rodzaju prace toczące się w stoczni i porcie – fascynował go świat industrialny. Innym, ważnym wątkiem jego twórczości były przedstawienia Gdańska powojennego.

Interesował go człowiek, zwłaszcza człowiek pracujący. Robotnicy portowi i stoczniowcy, pojawiają się w wielu jego dziełach. Uwiecznił m.in. Stanisława Sołdka – przodownika pracy Stoczni Gdańskiej, później inżyniera budowy okrętów, patrona pierwszego statku wybudowanego przez Polaków po II wojnie światowej.

… i koncerty okienne

Jak już wcześniej zostało wspomniane, artysta odnajdywał się w świecie muzyki. Pani Krystynie zachowały się w pamięci „koncerty okienne”, które jej ojciec urządzał dla przechodzących pod domem ludzi. Kończyły się one zawsze gromkimi owacjami. Artysta otrzymał nawet propozycję grania na statkach pasażerskich, jednak uniemożliwiła mu to uciążliwa choroba morska.

W zbiorach Muzeum Miasta Gdyni znajduje się ponad 300 prac tego artysty. Kilka prac Stanisława Rolicza o tematyce morsko-portowej (w tym cztery płytki cynkowe z przedstawieniami statków) zaprezentowaliśmy na wystawie czasowej MORZE \ MIASTO \ PORT.

Gabriela Zbirohowska-Kościa

„Człowiek cierpliwy, gołębiego serca, przychylny ludziom, inspirował się pięknem światła w całości jego przejawów” – tak wspomina swojego ojca Andrzej Śramkiewicz.  

Kazimierz Śramkiewicz urodził się w 1914 r. w Poniecu. Studiował na Wydziale Architektury na Politechnice Lwowskiej w latach 1932-1939, był asystentem Władysława Lama. Po wojnie, choć zamieszkał w Gdańsku, kontynuował naukę na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, a w roku 1947 uzyskał dyplom. Od 1950 do 1984 roku pracował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. To właśnie tu – jak pisze Krystyna Onak – „osiągnął najdojrzalszy charakter swojej twórczości”. W latach 1964-1967 piastował stanowisko prorektora tej uczelni. Zakres podejmowanej przez niego tematyki był szeroki – od martwych natur i pejzaży, poprzez wątki muzyczne aż po morskie i stoczniowo-portowe.

Za swoją artystyczną twórczość Kazimierz Śramkiewicz został uhonorowany licznymi nagrodami i wyróżnieniami, w tym II nagrodą za prace prezentowane na wystawie Plastycy w Walce o Pokój (1950) i złotym medalem na Biennale Romana d’Arte Contemporanca w Rzymie (1969).  Był także dwukrotnym laureatem Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska (1974 i 1986). W roku 1974 zdobył nagrodę II stopnia Ministra Kultury i Sztuki za szczególne osiągnięcia w dziedzinie artystyczno-dydaktycznej oraz dydaktyczno-wychowawczej. Poza malarstwem uprawiał również rysunek i grafikę.

Żona Kazimierza Śramkiewicza, Jadwiga, również zajmowała się malarstwem. Tą samą ścieżką podążył ich syn, Andrzej.

Umiłowanie porządku i odrobina magii

Śramkiewicz preferował możliwie wierne oddanie otaczającej rzeczywistości, czemu dał wyraz chociażby w pracach poświęconych tematyce stoczniowo-portowej. Korzystał ze zdjęć, ale – jak twierdzi syn – prawdopodobnie sam podejmował wyprawy na tereny, do których „zwykły śmiertelnik nie miał wejścia”. Dzięki temu realistycznie przedstawiał konstrukcje maszyn, budowle, żywioł wody – te motywy robiły na nim ogromne wrażenie, „elektryzowały” go. „Surowe rytmy konstrukcji”, oszczędność środków wyrazu, tendencje do geometryzacji i architektonicznych podziałów w kompozycji – za tym kryło się „poczucie konieczności uporządkowania świata, przestrzeni”.

Śramkiewicz świetnie operował detalem, być może dzięki niesamowitej, wręcz fotograficznej pamięci. Andrzej Śramkiewicz opowiadał, że kiedy ojciec chciał pokazać rozmówcy jakiś przedmiot (pamiątkę czy stare zdjęcie), pamiętał z najwyższą precyzją miejsce, w której szafce, w której szufladce ten przedmiot się znajdował.

Choć syn artysty, zapytany o styl ojca, mówił: „raczej trzymał się realizmu”, badacze twierdzą, że nie był to realizm sensu stricto, ale przefiltrowany przez konkretne tendencje i upodobania do określonych środków artystycznych. Malarz umiejętnie łączył precyzyjny warsztat z elementem misterium, tajemnicy, pewnego niedopowiedzenia. Stąd w jego twórczości specyficzne operowanie plamą barwną, sugerowanie raczej pewnych elementów niż konkretne ich odwzorowanie, syntetyczność form. W rezultacie jego dzieła – zwłaszcza gdy łączą np. industrialny świat portowy z charakterystycznymi „srebrzystymi szarzyznami” – mają w sobie pewien szczególny czar, który trudno ująć w słowa.

Inspiracje

Artysta uwielbiał podróżować. Korzystał z tej sposobności, kiedy tylko się nadarzała. Duże wrażenie zrobiły na nim Włochy. Udało mu się tam pojechać na kilka tygodni w 1964 roku, z żoną Jadwigą. Uwiecznił tamtejsze pejzaże i scenerie portowe, oszołomiony włoskim kolorytem, światłem, zabytkami. Na co dzień Śramkiewicz miał swoją pracownię na Targu Rybnym w Gdańsku, tuż przy zakręcie Motławy. A inspiracje artystyczne znajdował tuż za oknem – Ołowianka, statki, nieustanny ruch toczący się na rzece.

Bardzo ważnym wątkiem w twórczości Kazimierza Śramkiewicza była muzyka.  Niejednokrotnie w swoich dziełach oddawał atmosferę koncertów, można niemalże usłyszeć dźwięki przedostające się przez fakturę malarską. Muzyka dostarczała mu wielu inspiracji w procesie kreacyjnym (o czym świadczą prace poświęcone m.in. koncertom jazzowym), jednak malarz delektował się nią nie tylko przy płótnie. Mógł się również pochwalić pokaźną kolekcją płyt winylowych (miał ich około 2, 5 tysiąca!). Preferował muzykę klasyczną.

Na wystawie czasowej MORZE \ MIASTO \ PORT znajdują się dwie prace autorstwa tego artysty pochodzące ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni oraz jedna użyczona przez Muzeum Narodowe w Gdańsku.

Gabriela Zbirohowska-Kościa

BIBLIOGRAFIA:

B. Kowalska, Kazimierz Śramkiewicz – malarstwo, Gdańsk 1969, wstęp do katalogu wystawy zorganizowanej przez Związek Polskich Artystów Plastyków i Centralne Biuro Wystaw Artystycznych.

K. Onak, Kazimierz Śramkiewicz – ocalić od zapomnienia, wstęp do katalogu wystawy,  Gdańsk 2010.

Kazimierz Śramkiewicz, “Port w Gdyni”, 1968, olej na płycie, zbiory
Muzeum Miasta Gdyni

4 lipca 2021 roku Gdynia stała się tymczasową stolicą szkła tłumnie odwiedzaną przez jego kolekcjonerów i miłośników (choć nie tylko). Najnowsza odsłona cyklu Polskie Projekty Polscy Projektanci, poświęcona życiu i twórczości pary projektantów Eryki i Jana Drostów, ściągnęła niemal 12 tysięcy zwiedzających. Nazwisko „Drost” odbiło się szerokim echem w świecie wielbicieli dobrego wzornictwa i nie milkło pomimo zakończenia wystawy. Do dziś na aukcjach zauważa się wzmożone zainteresowanie projektami szkła prasowanego, a na rynkach staroci coraz częściej słyszy świadomy głos sprzedawców: „To jest proszę Pani projekt Drostów. Asteroid z Ząbkowic!”. Asteroidy jak i inne projekty polskich projektantów, niegdyś sprzedawane za grosze, obecnie osiągają niebotyczne ceny. A coraz większą modę na dizajn z PRL-u potwierdza kolejna odsłona gdyńskiej wystawy, która odbędzie się w tym roku w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Wokół Drostów

Jeszcze w czasie trwania wystawy na Facebooku zawiązała się grupa, która zrzesza „ludzi od rzeczy”, wymieniających się własnym doświadczeniem i kolekcjami, a także uczących rozpoznawać dobre projekty i ich autorów. Była ona pokłosiem warsztatu dla kolekcjonerów sztuki, poprowadzonego przez Beatę Bochińską, która udzieliła kilku praktycznych porad „kolekcjonerki nie zawsze konsekwentnej”. Z kolei dumni posiadacze „Migdałów”, „Rotorów”, „Oculusów” – czyli najmodniejszych deseni naczyń produkowanych w PRL-u – mieli możliwość podzielić się swoimi opowieściami o tym, jak zaczęła się ich przygoda z kolekcjonowaniem, dzięki wystawie towarzyszącej pt. „(Twoje) Szklane Historie”, którą zrealizowaliśmy w Galerii Klif w Orłowie. Ale to nie wszystko!

Jeden z partnerów wystawy – Fundacja Fabryka Kulturalna – podjął współpracę z fabryką Porcelana Bogucice, w rezultacie której powstały dwie unikatowe patery „Ewa” i „Ela”. Zostały one zaprojektowane przez Erykę Trzewik-Drost jeszcze w 1958 roku, ale wyprodukowane po raz pierwszy w 2021 roku z okazji dziewięćdziesiątych urodzin artystki. Tę specjalną, limitowaną edycję, Fundacja przekazała projektantce. Z naszą wystawą zbiegło się wydarzenie, które potwierdziło słuszność zainteresowania polskim dizajnem i uznanie dla artystów. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uhonorował projektantów polskiego szkła i nadał medale „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej. Eryka Trzewik-Drost i Jan Sylwester Drost zostali odznaczeni srebrnym medalem w dziedzinie sztuk plastycznych. Srebrny medal przyznano także m.in. Stefanowi Sadowskiemu (Huta Szkła „Sudety”), Wszewłodowi Sarneckiemu (Huta Szkła „Krosno”), brązowy – Marii Słaboń (Huta Szkła Gospodarczego „Zawiercie”) i Bogdanowi Kupczykowi (Huta Szkła Gospodarczego „Ząbkowice”). To tylko kilka osób, które wniosły ogromny wkład w rozwój polskiego wzornictwa i na stałe wpisały się w poczet czołowych polskich projektantów.

(Nie)odkryci projektanci

Poszukiwacze reliktów PRL-u z sentymentem wspominają czasy, kiedy w babcinych mieszkaniach natykali się na różne skarby. Jako małe dzieci nie mieli świadomości, jaką wartość będą miały w przyszłości szklane naczynia, porcelanowe figurki, drewniane krzesła czy kolorowe szkła. Nawet dziś wiele osób nie wie, że trzymany gdzieś na półce kobaltowy wazon nazywa się „Rotterdam” i został wyprodukowany w Hucie Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” w Dąbrowie Górniczej w latach siedemdziesiątych, a za jego projektem stoi konkretny artysta – Bogdan Kupczyk. Twórcy szkła, tacy jak właśnie Kupczyk, Ludwik Fiedorowicz czy Jerzy Słuczan-Orkusz wciąż czekają na należny im rozgłos.

Obok polskiego szkła użytkowego równie interesująca dla kolekcjonerów jest porcelana czy ceramika – zastawy i serwisy stołowe projektowane przez Danutę Duszniak w modnym wówczas stylu New Look czy eksperymentalne formalnie kolorowe wazoniki Henryka Barana lub dekoracyjne, małe figurki Lubomira Tomaszewskiego i Mieczysława Naruszewicza, które przeszły już do historii jako PRL-owskie ikony. Niestety, rzadko kojarzą się z nazwiskami projektantów, a zdecydowanie częściej z nazwami „Bogucice” (Porcelana Bogucice), „Ćmielów” (Fabryka Porcelany AS Ćmielów) czy „projekt z IWP” (Instytut Wzornictwa Przemysłowego). A przecież za nazwami serii, modelu, fabryki czy firmy ukrywają się wybitni artyści. Dzięki kolekcjonerom możemy sobie o nich przypomnieć, zrozumieć szerszy kontekst ich twórczości, a w rezultacie docenić polskie wzornictwo.

Gdynia inspiruje

W Muzeum Miasta Gdyni od wielu lat organizujemy wystawy prezentujące sylwetki i dorobek polskich twórców. Stawiamy pytania o rolę projektanta, próbujemy scharakteryzować styl polskich „rzeczy codziennych”, dzięki czemu wydarzenia z serii Polskie Projekty Polscy Projektanci odwiedza liczne grono miłośników dobrego dizajnu, kolekcjonerów i poszukiwaczy nowych trendów. Cykl został zainaugurowany w 2014 roku wystawą nestora polskiego projektowania i uznanego twórcy szkła artystycznego i użytkowego – Zbigniewa Horbowego. W kolejnych odsłonach prezentowaliśmy m.in. meble Tomka Rygalika (2015), technologie i unikatowe obiekty Oskara Zięty (2017), znaki graficzne Karola Śliwki (2018), modę zaprojektowaną przez Barbarę Hoff (2019), a w 2021 roku właśnie szkła Drostów.

Po ostatniej wystawie w Muzeum Miasta Gdyni obiekty wróciły w ręce prywatnych kolekcjonerów i do kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu, gdzie już 25 kwietnia czeka je kolejna odsłona. Tymczasem w gdyńskim muzeum zastanawiamy się, który projektantka bądź dizajner zostanie wybrany na bohatera kolejnej edycji cyklu Polskie Projekty Polscy Projektanci? Zwłaszcza, że wielu artystów wciąż pozostaje do odkrycia.

Zdjęcia, które dostarczą wspomnień:

  1. Fotodokumentacja wystawy: https://muzeumgdynia.pl/gdyniagallery/fotodokumentacja-eryka-i-jan-drostowie-pppp/
  2. Wernisaż wystawy: https://muzeumgdynia.pl/gdyniagallery/wernisaz-wystawy-jan-i-eryka-drostowie-pppp/
  3. Oprowadzanie po wystawie z Eryką i Janem Drost: https://muzeumgdynia.pl/gdyniagallery/oprowadzanie-po-wystawie-eryka-i-jan-drostowie-pppp/

Filmy, które dostarczą wiedzy:

  1. Oprowadzanie kuratorskie po wystawie „Eryka i Jan Drostowie”: https://www.youtube.com/watch?v=V2zkeqjDXvg
  2. „Eryka i Jan Drostowie. Kolekcjonerzy”: https://www.youtube.com/watch?v=fe1r9X95Abs
  3. „Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci”: https://www.youtube.com/watch?v=aoSlfSn7I8w

Gadżety, które musisz mieć:

  1. Plakaty B1 z sesji „Pstryk! Szkło. Sesja vintage” http://sklep.muzeumgdynia.pl/product/plakaty-b1-z-sesji-pstryk-szklo-sesja-vintage/

Warto przeczytać:

  1. „Asteroid” – kosmiczny wazon – Katarzyna Gec https://muzeumgdynia.pl/2021/12/asteroid-kosmiczny-wazon/
  2. Katalogi wystaw cyklu Polskie Projekty Polscy Projektanci, a szczególnie „Eryka i Jan Drostowie” Gdynia, 2021 lub „Zbigniew Horbowy” Gdynia, 2014

www.sklep.muzeumgdynia.pl

Książki o dizajnie, które możesz zakupić w naszym sklepie przy ul. Zawiszy Czarnego 1A:

  1. Barbara Banaś „Eryka i Jan Drostowie. Mistrzowie szkła ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu”, Wrocław, 2021.
  2. Beata Bochińska „Zacznij kochać dizajn”, Warszawa, 2016.
  3. Katarzyna Jasiołek „Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie powojennym”, wydawnictwo miejsce, 2020.
  4. Don Norman „Dizajn na co dzień”, wydawnictwo miejsce, 2018.

Katarzyna Gec

Kochany i ceniony przez studentów, niezwykle towarzyski i serdeczny, Kazimierz Ostrowski – dla przyjaciół po prostu „Kach” – podbijał serca jako człowiek i malarz. Urodził w 1917 r. w Berlinie, a trzy lata później wraz z rodziną przeprowadził się do Poznania. Po skończeniu szkoły, praktykował w warsztacie swojego ojca, malarza pokojowego i twórcy szyldów reklamowych. Po zamieszkaniu w Gdyni w 1934 roku, zaczął dorabiać malowaniem szyldów na statkach, m.in. SS Kościuszko. Swoje zainteresowania artystyczne rozwijał w pierwszych latach okupacji, jednak ze względu na ograniczone możliwości i brak materiałów – tematykę ograniczał do studium krajobrazowego a format obrazów – do wymiarów kasety. Już wtedy widoczna stała się skłonność artysty do syntetyzmu, a wkrótce – ekspresyjności i żywych barw.

Wojna, Francja i skarpetki w paski

Po zakończeniu II wojny światowej Kazimierz Ostrowski został wychowankiem Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku, w pracowni malarstwa sztalugowego prof. Janusza Strzałeckiego i prof. Artura Nacht-Samborskiego oraz w pracowni malarstwa architektonicznego prof. Jacka Żuławskiego. W roku 1949 wyjechał na stypendium do Paryża, gdzie podjął naukę u francuskiego artysty Fernanda  Légera. Bardzo się przywiązał do swojego paryskiego mistrza, jednak – jak zaznacza Bożena Kowalska – charakterystyczne elementy twórczości pojawiły się jeszcze przed wyjazdem do Francji, m.in. we wcześniej wspominanych pracach z lat okupacji. Obcowanie z Légerem jedynie przyspieszyło krystalizację dążeń twórczych artysty, a paryskie życie pozwoliło mu rozwinąć skrzydła.

Nic dziwnego, że powrót do kraju okazał się dla Ostrowskiego „kubłem zimnej wody”. Zarzucono mu, że „wrócił z Paryża nasiąknięty kapitalizmem”. Skrytykowano nawet jego skarpetki w paski, z powodu których musiał napisać stosowną samokrytykę. Wspominał po latach, że cały dzień siedział na peronie w Sopocie z kartką papieru i ołówkiem, i nie był w stanie sklecić nawet jednego zdania. Nie miał pojęcia, co złego może być w pasiastej odzieży? Ostatecznie napisał krótko, że już więcej skarpetek w paski nie będzie nosić, bo jest to wymysł kapitalizmu i że absolutnie tego nie popiera. W sztuce pozostał wolny.

Oryginał w PRL-u

Ten nie mający „ani antenatów ani godnych następców” niepoprawny buntownik, niepokorny i charyzmatyczny artysta podążał zawsze swoimi własnymi ścieżkami. Nie wpisywał się niewolniczo w żadne konkretne nurty – sam sobie wyznaczał drogę. Jego prace, bardzo odważne w swoim wyrazie, niekiedy wręcz brawurowe i przewrotne, odznaczają się m.in. niezwykle śmiałą, orzeźwiającą kolorystyką. Lesław Szolginia porównał dzieło artysty do muzyki Igora Strawińskiego: „zaskakuje, zachwyca, a zarazem – gdy zachodzi chęć dokonania ich analizy – budzi w pierwszej chwili uczucie bezsilności”.

Ostrowski malował pejzaże gdyńskie, martwe natury, portrety, autoportrety a także kompozycje abstrakcyjne. Szczególny sentyment żywił do krajobrazów kaszubskich. Inną chętnie podejmowaną przez niego tematyką były morze i port. Artysta ujmował te z pozoru banalne widoki w sposób osobliwy i niestandardowy. Np. w pracy olejnej „Port” surowy, industrialny klimat portowy zderzył z beztroskim światem dziecka. Dzięki grubym, śmiałym konturom, orzeźwiającej kolorystyce i pełnym rozmachu, brawurowym formom sprawił, że elementy konstrukcyjne zaczęły rządzić się własną logiką.

Nurt natury

Kazimierz Ostrowski realizował się na wielu polach. Od 1964 roku aż do emerytury prowadził pracownię malarstwa na swojej macierzystej uczelni. W 1981 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego. Poza malarstwem sztalugowym zajmował się ceramiką i malarstwem ściennym. Projektował również tkaniny i witraże. Miał zamiłowanie do muzyki literatury. Dużo spacerował, a obcowanie z naturą sprawiało mu wielką radość. Zawsze podkreślał konieczność wierności naturze, bez względu na obierane przez artystów nurty. Zalecał swoim podopiecznym, by od czasu do czasu „sprawdzali na niej swoje oko i żeby zawsze do niej wracali”.

Artysta prowadził bardzo aktywną działalność wystawienniczą. Miał przeszło 60 wystaw indywidualnych. Swoje prace pokazywał także na licznych wystawach zbiorowych za granicą, w tym w Tokio, Neapolu, Visby i Kalmarze. Został uhonorowany licznymi nagrodami, m.in. Grand Prix w 1970 r. (Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie). Otrzymał również nagrodę Ministra Kultury i Sztuki w 1965 r. oraz nagrodę Prezydenta Miasta Gdyni za całokształt pracy twórczej w 1974 r. Od 10 lutego 2022 r. wybrane prace Kazimierza Ostrowskiego można podziwiać na najnowszej ekspozycji w Muzeum Miasta Gdyni, „MORZE / MIASTO / PORT”.

Autorka: Gabriela Zbirohowska-Kościa

Wybrana bibliografia:

B. Kowalska, Kazimierz Ostrowski, malarstwo, wstęp do katalogu wystawy, Koszalin 1977.

L. Szolginia, Kazimierz Ostrowski, malarstwo, wstęp do katalogu wystawy, Grudziądz 1968.

Kazimierz Ostrowski, Port,  lata 60. XX w., fot. Leszek Żurek (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni).

„Wazon Asteroid Drost Ząbkowice unikat PRL szkło kolorowe użytkowe” – taką ofertę można było znaleźć w grudniu 2021 roku na jednej z aukcji internetowych. Cena? 11 tysięcy zł. Jeszcze w 2014 roku prawie identyczny wazon z serii „Asteroid” kosztował 300 zł. Co sprawiło, że w ciągu kilku lat osiągnął tak kosmiczną cenę? Czy naprawdę jest tyle wart? I – choć zapewne umieszcza się go dziś za witryną wśród innych przykładów modnego szkła prasowanego – czy trzyma się w nim jeszcze kwiaty?

RARYTAS

Meble, szkło, ceramika i inne przykłady sztuki użytkowej PRL-u coraz częściej stają się dziś „kolekcjonerskim obiektem pożądania”. Moda na wzornictwo lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych to nie tylko sentyment do przedmiotów z naszych rodzinnych domów (…). Trend vintage dizajn jest znacznie szerszy (…)  ogólnoświatowy – i ma głębokie korzenie – pisze Beata Bochińska w książce „Zacznij kochać dizajn”[1]. Tamte przedmioty nie tylko świetnie wpisały się w nowoczesne wnętrza naszych mieszkań, przykuwając wzrok i wywołując nutkę nostalgii. Bochińska, historyczka sztuki i dizajnu, tłumaczy: Te pospolite rzeczy używane w epoce masowej produkcji różnią się między sobą nie tylko jakością użytego materiału czy precyzją wykonania, ale przede wszystkim projektem. Te najlepiej zaprojektowane potrafią kosztować więcej niż niejeden wykonany ręcznie przedstawiciel XIX-wiecznego rzemiosła artystycznego. Właśnie ze względu na świetny projekt![2].

TALERZ + TALERZ = WAZON

A jak powstał projekt jednego z najbardziej kultowych wazonów? Jego geneza sięga 1975 roku: Wykorzystałem formy talerzy – tłumaczy Jan Sylwester Drost – Po prostu dwa talerze połączyłem tak i pomyślałem sobie: <<no przecież wazon nie musi być zawsze okrągły>>. I przez połączenie tych talerzy, zrobiłem tu takie przejście, żeby wytłocznik wszedł i powstał taki wazon.

„Asteroid” przypomina nieco dysk ze spłaszczoną podstawą. Jego owalne brzuśce o chropowatej powierzchni pokryte są nieregularnymi, drobnymi wypukłościami różnej wielkości, które przypominają mgławicę lub gwiezdną konstelację. Dzięki rzeźbiarskiemu opracowaniu zamaskowano niedoskonałości sodowego szkła prasowanego (pęcherzyki powietrza, powierzchowne zarysowania i inne drobne wady). Złączone boki tworzą zaś uchwyty umożliwiające łatwe przenoszenie wazonu, dzięki czemu – pomimo swej nietypowej formy – jest wygodny w użytkowaniu.

RODZINA ASTEROIDÓW

Talerz „Asteroid” rok po wypuszczeniu na rynek (w 1976 roku) zdobył złoty medal na II Międzynarodowym Triennale Szkła i Porcelany w Jabloncu nad Nysą. Zachwycający, kosmiczny deseń przyozdobił wkrótce nowe naczynia: talerze, talerzyki, patery, kabarety, tace, miski, miseczki, salaterki, filiżanki ze spodkami, deseczki, świeczniki, a nawet popielnice. Tak powstała cała seria „Asteroid”, która znalazła wielu sympatyków nie tylko dzięki oryginalnemu deseniowi. Już sama nazwa zwracała uwagę. Produkty wytwarzane w Hucie Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” – gdzie artysta wraz żoną byli zatrudnieni – dostawały zwykle numery. Dopiero później, gdy zaczęły być wysyłane za granicę, otrzymywały ciekawe nazwy. „Asteroid” od początku był pomysłem Jana Drosta i trzeba przyznać, że szkła te są kosmicznie piękne.

ZE ŚMIETNIKA DO MUZEUM

Jak przedmiot niegdyś masowej produkcji, trafił po latach w ręce koneserów sztuki użytkowej? Złożyły się na to: przede wszystkim świetny projekt, moda na PRL-owskie przedmioty, które przeżywają dziś swój renesans, rosnąca świadomość dobrego dizajnu wśród kolekcjonerów. Zwłaszcza że – tak jak „Asteroid” – potrafią one osiągnąć dziś niebotyczne ceny.

Wśród kolekcjonerów krążą różne sensacyjne historie odnajdywania szklanych rarytasów. Ktoś wypatrzył wazon „Trąbka” u babci, która trzymała w nim miotełkę do kurzu. Ktoś inny znalazł „Radiant” pod osiedlowym śmietnikiem. Misa „Diatret” pewnie jeszcze długo służyłaby za miskę z wodą dla psa, a talerz „Asteroid” jako podstawka pod kwiatek, gdyby nie czujne oko miłośnika dizajnu. Niektóre szkła miały więcej szczęścia i trafiły na meblościanki, a nawet – jak w przypadku kolekcji „Asteroid” – znalazły swoje miejsce w stałej ekspozycji muzeum „Corning Museum of Glass” w Nowym Jorku. Zdarza się jednak i tak, że sami kolekcjonerzy używają talerzy, miseczek lub wazonów Drostów zgodnie z ich przeznaczeniem – w końcu do tego zostały stworzone.

POLSKIE PROJEKTY POLSCY PROJEKTANCI

„Asteroid” i inne przykłady szkła użytkowego autorstwa twórców tzw. „polskiej prasówki” (czyli wyrobów ze szkła prasowanego) tylko do 9 stycznia 2022 roku można zobaczyć na wystawie „Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci”. Muzeum Miasta Gdyni od wielu lat prezentuje sylwetki i twórczość polskich artystów. Wystawa tandemu projektowego, a prywatnie małżeństwa, to ósma edycja z cyklu PPPP. W dniu wernisażu, artyści przekazali Muzeum Miasta Gdyni sześć obiektów, wśród których znalazł się również kolekcjonerski obiekt pożądania – wazon „Asteroid” – wpisany do księgi inwentarzowej muzeum z numerem MMG/SZ/P/54.

Katarzyna Gec

[1] Beata Bochińska, Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową, Warszawa 2016.

[2] Tamże, s. 11.

Urodzona w dniu 14 września 1932 r. Aleksandra Bibrowicz-Sikorska ukończyła Liceum Plastyczne w Gdyni. W latach  1953-1959 kontynuowała swoją edukację artystyczną na Wydziale Malarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, gdzie uczęszczała na zajęcia z tkaniny u prof. Józefy Wnukowej. Dyplom z Tkaniny Artystycznej obroniła u prof. Piotra Potworowskiego. Artystka uprawiała zarówno malarstwo jak i tworzyła gobeliny, jednak to tkaninie poświęciła gros swojej artystycznej kariery. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku skoncentrowała się na malarstwie na jedwabiu.

Aleksandra Bibrowicz-Sikorska wielokrotnie powracała do wątków morskich w swoich pracach. Nadmorskie krajobrazy stały się głównym źródłem jej artystycznych inspiracji. W wełnianym gobelinie p.t: „Skarpa” (również  w zbiorach Muzeum Miasta Gdyni) artystka jako dekorację wykorzystała naturalne muszle. W zbiorach naszego muzeum znajduje się także kilka innych prac poświęconych tematyce morza, w tym miniatura tkacka „Wspomnienie lata”  gobelin „Wieczorny przelot łabędzi nad morzem” oraz gobelin „Po sztormie”.

Malowana na jedwabiu „Głębia” Aleksandry Bibrowicz-Sikorskiej z 1994 r. (wym. wys. 190 cm x szer. 140 cm) jest niezwykle ciekawą interpretacją przestrzeni morskiej. Eteryczna, delikatna i pełna finezji, będąca na pograniczu abstrakcji praca doskonale imituje „lejące się strugi” szmaragdowej, granatowej i zielonej farby. Kolory są zestawione harmonijnie. Przedstawienie to, choć bardzo umowne w swojej formie, budzi  skojarzenia ze światem morskiej flory i fauny widzianej pod załamującą się falą wody.

Poprzez pewne niedopowiedzenia i abstrakcyjne potraktowanie form artystka pozostawia widzowi pole do interpretacji. Rezygnuje z dosłownego przekazu, podpowiada i sugeruje, operując przy tym kolorystyką oszczędną, ale umiejętnie dobraną.

Prace Aleksandry Bibrowicz-Sikorskiej znajdują się również w zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku oraz w wielu kolekcjach prywatnych, zarówno europejskich jak i pozaeuropejskich.

To właśnie z jej inicjatywy powstało Nadbałtyckie Triennale Miniatury Tkackiej w Gdyni (obecnie Baltic Mini Textile Gdynia). Artystka pragnęła stworzyć w Gdyni cyklicznie odbywające się wydarzenie artystyczne, na którym twórcy z całego świata mieliby okazję zaprezentować swoje miniaturowe prace wykorzystujące splot.

W tym roku odbędzie się kolejna, 12 edycja Baltic Mini Textile. Tym razem głównym tematem będzie natura Muzeum Miasta Gdyni posiada w swoich zbiorach ponad 300 miniatur tkackich.

 

Gabriela Zbirohowska-Kościa

 

Aleksandra Bibrowicz-Sikorska, Głębia, 1994, 190×140 cm, malowanie na jedwabiu, MMG, fot. Gabriela Zbirohowska-Kościa