Ułatwienia dostępu
PL EN

ul. Zawiszy Czarnego 1
81-374 Gdynia  
+48 58 662 09 55

wt. – czw . . . 10–18
pt . . . . . . . . . 12–20
sob., ndz . . .  10–17

ulgowy  . . . . 7 zł
normalny . . 15 zł
rodzinny .  . 40 zł

Fot. ze zbiorów IPN Gdańsk

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”

W sobotę 12 grudnia 1970 roku, dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia i u progu nadchodzącej zimy, Polacy dowiedzieli się, że rządząca od czternastu lat ekipa Władysława Gomułki dokonała „zmiany cen detalicznych całego szeregu wyrobów”. W ramach tej „regulacji” podniesione zostały ceny podstawowych artykułów spożywczych: mięsa (17,6 procent), kaszy (31 procent) i mąki (16,6 procent). Podwyżka objęła także opał: koks zdrożał o 19,2, węgiel brunatny o 14, a węgiel kamienny o 10 procent. Gorycz zwiększonych wydatków miała złagodzić obniżka cen wyrobów przemysłowych. Najwięcej staniały pończochy stylonowe – o 40,5 procent, zmniejszeniu uległy również ceny sprzętu AGD (telewizorów, pralek, lodówek, radioodbiorników, odkurzaczy i magnetofonów). Jednak w związku ze wzrostem kosztów utrzymania i tak niewielu było na nie stać (a część produktów nie była nawet dostępna w sklepach).

Mimo postawienia w najwyższy stan gotowości organów bezpieczeństwa (Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa) władzom komunistycznym nie udało się zapobiec wybuchowi społecznego niezadowolenia. Wystąpienia ludności miały miejsce w całej Polsce, jednak największy zasięg i gwałtowność przybrały na Wybrzeżu.

Do pierwszego masowego protestu doszło już w poniedziałek 14 grudnia w Gdańsku. Początkowo manifestacje robotników miały charakter pokojowy. Domagali się rozmów z I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR; starali się także za pośrednictwem radia poinformować cały kraj o strajku. Wieczorem protestujący robotnicy zostali zaatakowani w śródmieściu przez oddziały milicji. Wybuchły walki uliczne, które trwały aż do północy. Następnego dnia na ulicach Gdańska doszło do gwałtownych ulicznych starć zdesperowanych robotników z milicją i wojskiem. W ich wyniku został spalony symbol władzy PZPR w Gdańsku – gmach Komitetu Wojewódzkiego partii, który od tego dnia zaczęto złośliwie nazywać „Reichstagiem” (siedziba niemieckiego parlamentu). Padły także pierwsze ofiary śmiertelne (ostatecznie w Gdańsku w ciągu dwóch dni zginęło dziesięć osób, w tym dwóch milicjantów).

15 grudnia rozpoczął się również protest robotników w Gdyni. Już od rana pracownicy największego gdyńskiego zakładu pracy, Stoczni im. Komuny Paryskiej, komentowali podwyżkę oraz wydarzenia w Gdańsku. Mimo apeli dyrekcji i aktywistów partyjnych stoczniowcy wyszli z zakładu i pomaszerowali do miasta. Po drodze dołączali do nich robotnicy z innych zakładów pracy. Podobnie jak w Gdańsku demonstranci skierowali się pod najważniejszy ówcześnie budynek w Gdyni – Komitet Miejski PZPR przy ul. Władysława IV 24. I podobnie jak w Gdańsku nikt z władz partyjnych nie zamierzał rozmawiać z rozgoryczonymi robotnikami. Wobec tego pochód skierował się do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (ob. Urząd Miasta przy al. Marszałka Piłsudskiego 52/54).

W Prezydium spontanicznie wytypowani delegaci strajkujących zostali przyjęci przez przewodniczącego Jana Mariańskiego, który podjął z nimi rozmowy. Ich efektem było podpisanie pierwszego w historii PRL porozumienia zawartego między przedstawicielami władz komunistycznych a reprezentantami klasy robotniczej, które artykułowało przede wszystkim płacowe żądania robotników i propozycje wyrównania rażących różnic w zarobkach kadry kierowniczej i zwykłych robotników. Ponadto jeden z delegatów, Edmund Hulsz, dopisał jeszcze punkty o trwaniu strajku aż do spełnienia żądań, zorganizowaniu wiecu w czwartek 17 grudnia oraz postulat wyboru nowych władz związków zawodowych.

Po podpisaniu protokołu robotnicy zawrócili w kierunku stoczni i portu. Na wiecu na terenie „Dalmoru” wysunięto propozycję, aby zorganizować jeden komitet strajkowy, który by reprezentował wszystkie gdyńskie zakłady pracy. Postulat ten został spełniony. W Zakładowym Domu Kultury Portu Gdynia zebrało się ponad 300 przedstawicieli strajkujących zakładów, wyłonili oni spośród siebie ponad 30 osób, które utworzyły Główny Komitet Strajkowy dla Miasta Gdyni. Na jego czele stanął Stanisław Słodkowski ze Stoczni im. Komuny Paryskiej. Wieczorem do Domu Kultury przybył Jan Mariański, prosząc o pomoc w uspokojeniu nastrojów w Stoczni Marynarki Wojennej na Oksywiu; przywiózł także maszynę do pisania. Utwierdziło to członków komitetu w przekonaniu, że ich działanie jest legalne i nic im nie grozi.

Niestety, władze komunistyczne były innego zdania. Przed północą do Domu Kultury wtargnął oddział milicji, który pobił brutalnie członków komitetu, a następnie wywiózł ich do więzienia w Wejherowie. Główny Komitet Strajkowy dla Miasta Gdyni, prekursor Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 1980 roku, przetrwał jedynie kilka godzin.

Następnego dnia pracownicy Stoczni im. Komuny Paryskiej domagali się uwolnienia zatrzymanych. Do Dowództwa Marynarki Wojennej, gdzie przebywali członkowie Komitetu Miejskiego PZPR, udała się delegacja. Na miejscu robotnicy spotkali się z groźbami ze strony wojska i sekretarzy partyjnych. Władze komunistyczne otrząsnęły się z pierwszego szoku i przygotowywały do przeciwuderzenia. Sytuacja w Gdańsku była już opanowana. Po otoczeniu przez wojsko Stoczni Gdańskiej im. Lenina i otwarciu ognia do wychodzących stoczniowców, w wyniku czego zginęły dwie osoby, robotnicy pertraktowali już jedynie bezpieczne wyjście z zakładu, na co władze skwapliwie przystały. Do Gdyni ściągane były tymczasem pododdziały 8. Dywizji Zmechanizowanej stacjonującej na Pomorzu Środkowym. Żołnierzom oficerowie polityczni tłumaczyli, iż w Trójmieście działają niemieccy dywersanci, którzy razem z kaszubskimi kolaborantami mordują Polaków.

Wieczorem przed kamerami telewizji gdańskiej i mikrofonami Polskiego Radia wystąpił wicepremier Stanisław Kociołek. Najpierw potępił wystąpienia robotników, a na koniec wezwał ich do powrotu do pracy. Jednak w tym samym czasie kluczowe miejsca w Gdyni zaczęły być obsadzane przez żołnierzy dwóch pułków zmechanizowanych (32. i 36.). Otrzymali oni rozkaz, aby nie dopuścić nikogo do portu i stoczni. Tragedii próbował zapobiec dyrektor Stoczni im. Komuny Paryskiej Michał Tymiński, który wysyłał do stoczniowych osiedli pracowników dyrekcji, żeby powstrzymali robotników przed przyjściem do pracy, próbował także wynegocjować zawieszenie komunikacji miejskiej. Niestety, niewiele mógł zrobić. Kluczowe decyzje zapadły już wyżej.

Wczesnym rankiem 17 grudnia pierwsze pociągi zaczęły przyjeżdżać na stację Gdynia Stocznia. W panującym o tej porze mroku robotnicy mogli zauważyć jedynie stojący przy zejściu z pomostu dla pieszych szpaler milicji. Stojące na drogowym wiadukcie wojsko było całkowicie niewidoczne w ciemności. Przybywający pasażerowie byli zdezorientowani, ponieważ z głośników kolejowych i gigantofonu wojskowego nadawany był komunikat o zawieszeniu pracy w stoczni i apel o powrót do domu. Tymczasem przyjeżdżały kolejne pociągi przywożące nowe grupy robotników, na peronie i pomoście bardzo szybko gęstniał tłum. Wątły szpaler milicjantów nie zdołał go powstrzymać i został odepchnięty na środek wiaduktu. Wojsko nadało ostrzeżenie, że jeśli robotnicy się nie zatrzymają, żołnierze otworzą ogień. Chwilę później rozległ się wystrzał z czołgu. Salwa powstrzymała na chwilę ludzi, ale zaraz potem ruszyli naprzód, rzucając w stronę żołnierzy i milicjantów kamieniami. Wojsko otworzyło ogień.

Robotnicy rozpierzchli się, szukając schronienia. Do ataku na uciekający tłum ruszyli także milicjanci. Na ulicy pozostali zabici i ranni. Od pierwszej salwy zginęli: Brunon Drywa, Jan Kałużny, Jerzy Kuchcik, Józef Pawłowski, Ludwik Piernicki, Jan Polechońki, Zygmunt Polito i Marian Wójcik. Ciężko ranny został m.in. Adam Gotner, późniejszy działacz NSZZ „Solidarność” i Społecznego Komitetu Budowy Pomników Ofiar Grudnia w Gdyni, którego trafiło sześć kul. Przez lata zmagając się ze skutkami postrzałów, zmarł 16 października 2020 roku.

Uciekający spod stacji Gdynia Stocznia robotnicy napotykali w śródmieściu Gdyni zdezorientowanych ludzi, którzy zbulwersowani strzałami gromadzili się w większe grupy, przechodzące w pochodach ulicami miasta. Grupy te były atakowane przez oddziały milicji. Nad miastem krążyły helikoptery, których zadaniem była obserwacja sytuacji i rozpraszanie tłumów za pomocą środków chemicznych.

Jeden z pochodów dotarł około godziny 9.00 ponownie w rejon stacji Gdynia Stocznia, w jego kierunku również został otwarty ogień. Pochód został rozbity, a jego uczestnicy wycofali się w kierunku dworca głównego PKP bądź przedostali się na ul. Czerwonych Kosynierów (ob. Morska). W wyniku salwy wojska zostali zabici: Zygmunt Gliniecki, Zbigniew Godlewski, Zbigniew Nastały i Stanisław Sieradzan. Trzech z nich było uczniami.

Ciało Zbigniewa Godlewskiego zostało ułożone przez demonstrantów na drzwiach i poniesione ulicami Gdyni. Pochód ten przeszedł do legendy Grudnia ‘70 i stał się inspiracją do powstania Ballady o Janku Wiśniewskim. Pamiątką po nim są drzwi i zakrwawiony sztandar przechowywane obecnie w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pochód dotarł pod Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, gdzie wskutek ataku milicji został rozproszony.

W trakcie walk z milicją pod Prezydium Miejskiej Rady Narodowej śmierć ponieśli kolejni uczestnicy wydarzeń: Apolinary Formela, Zbigniew Wycichowski, Waldemar Zajczonko i Janusz Żebrowski. Kilkaset metrów dalej na północ, koło Pogotowia Ratunkowego przy ul. Żwirki i Wigury został zastrzelony Stanisław Lewandowski. Najmłodszy z zabitych w Gdyni, piętnastoletni Jerzy Skonieczka, został śmiertelnie postrzelony przez goniącego go milicjanta w bramie swojej szkoły przy ul. Kieleckiej.

Również sam budynek Prezydium Miejskiej Rady Narodowej zyskał tego dnia ponurą sławę. Odprowadzani tam byli zatrzymani przez milicjantów demonstranci. Na miejscu brutalnie ich upokarzano i bito, następnie najczęściej wywożono do Aresztu Śledczego w Gdańsku.

Mimo gwałtowności starć po południu milicja odzyskała kontrolę nad centrum miasta. O godzinie 17.00 zaczęła obowiązywać godzina milicyjna. Gdyński „czarny czwartek” kończył się.

W wyniku działań milicji i wojska 17 grudnia 1970 roku w Gdyni oficjalnie śmierć poniosło 18 osób. Liczbę rannych podaje się od 75 do 233. Według oficjalnych danych milicji zatrzymano 327 osób.

Stłumienie buntu w Gdyni nie zakończyło grudniowej rewolty robotników na Wybrzeżu. Jeszcze następnego dnia władze komunistyczne musiały pacyfikować wystąpienia robotników w Elblągu (gdzie zginęła jedna osoba), rozpoczynały się także walki w Szczecinie, które pochłonęły życie 16 osób.

Początkowy przebieg robotniczego protestu w Gdyni nie wskazywał na to, iż miasto zapłaci tak straszliwą cenę za swój udział w grudniowych protestach. W przeciwieństwie do Gdańska, gdzie spłonął Komitet Wojewódzki PZPR, doszło do gwałtownych walk na ulicach, rabunków sklepów, w Gdyni robotnicy wzięli odpowiedzialność za spokój w mieście, zorganizowali się, wyłonili spośród siebie ponadzakładową reprezentację. Warto zaznaczyć, iż podobny przebieg miały wydarzenia w Tczewie 16 grudnia. Tam znalazł się przedstawiciel władzy, który podobnie jak Jan Mariański wyszedł do zdesperowanych robotników i podjął z nimi rozmowy. Był to I sekretarz Komitetu Powiatowego PZPR Tadeusz Fiszbach, późniejszy sygnatariusz porozumień sierpniowych 1980 roku. Przypadek ten pokazuje, że tam, gdzie następował dialog między przedstawicielami władzy mieniącej się robotniczą a samymi robotnikami, przebieg protestu był stonowany. Władza komunistyczna jako całość postawiła jednak na konfrontację; nie mogła dopuścić do uznania strony robotniczej za równorzędnego partnera, gdyż naruszało to wszechwładzę PZPR jako jedynego reprezentanta i rzecznika interesów klasy robotniczej. Wydarzenia w Gdyni były o wiele bardziej niebezpieczne dla komunistycznej dyktatury niż najgwałtowniejsze nawet zamieszki w Gdańsku, które można było zresztą przedstawić reszcie kraju jako wystąpienia chuliganów i mętów społecznych. I w celu zachowania tej wszechwładzy dyktatura nie zawahała się użyć najdrastyczniejszych dostępnych środków. Dziś, po pięćdziesięciu latach wiadomo, iż był to krótkotrwały sukces władzy. Pamięć Grudnia sprawiła, że robotnicy Gdyni i całego Wybrzeża Gdańskiego dziesięć lat później ponownie zorganizowali się i tym razem odnieśli zwycięstwo, doprowadzając system komunistyczny do upadku.

Robert Chrzanowski

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”

Fot. ze zbiorów IPN Gdańsk

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”

Grudzień 1970 roku kojarzy się jednoznacznie z robotniczymi protestami na Wybrzeżu i brutalną reakcją władz. Wydarzenia te miały jednak także swoje mniej znane międzynarodowe oblicze. Robotnicze protesty, rozlew krwi i zmiana władz w Warszawie przyciągnęły uwagę dyplomatów z niemal całego świata.

7 grudnia 1970 roku, zaledwie tydzień przed początkiem protestów na Wybrzeżu, w Warszawie premier Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej Józef Cyrankiewicz podpisał z kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec Willy Brandtem układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji ich wzajemnych stosunków.

Dokument ten był niewątpliwie dużym sukcesem politycznym pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułki. Na jego mocy władze RFN uznały polską granicę zachodnią na Odrze i Nysie Łużyckiej, godząc się tym samym z wynikiem II wojny światowej. Na arenie międzynarodowej ustalenia te przyjęto z wyraźną ulgą. Wpisywały się one bowiem w charakterystyczny dla lat 70. XX wieku trend redukowania napięć pomiędzy wolnym światem a blokiem wschodnim.

Zaledwie tydzień później spokój dyplomatów w ambasadach w Polsce został zburzony. Wprowadzone 12 grudnia podwyżki cen żywności i innych podstawowych artykułów były niespodziewane i – z ich punktu widzenia – nielogiczne. W Warszawie panował jednak spokój i nic nie wskazywało na nadchodzącą tragedię. Jeden z pracowników ambasady Austrii w Warszawie, nazwiskiem Taurich, w rozmowach z kolegami z placówki RFN wyrażał nawet zdziwienie, iż w stolicy Polski wielkie zakłady pracy pracowały tego dnia normalnie i nie doszło do protestów.

Gdy 14 grudnia, w poniedziałek zastrajkowali robotnicy Stoczni Gdańskiej, zachodni dyplomaci w Warszawie nie dysponowali żadnymi informacjami na ten temat. Podobnie korespondenci zachodnich agencji prasowych nie mieli jeszcze wówczas pojęcia o sytuacji na Wybrzeżu. Realia Polski i bloku wschodniego z początku lat 70. były bardzo dalekie od współczesnych warunków „globalnej wioski”, w której informacje dzięki internetowi i mediom społecznościowym w ciągu kilku minut obiegają cały kraj.

W tej sytuacji szczególną rolę w zbieraniu informacji o protestach odegrały działające w Gdańsku konsulaty. W uprzywilejowanej pozycji znajdował się Konsulat Generalny Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Kierujący tą placówką konsul Iwan Borisow został bowiem uprzedzony przez stronę polską o planowanych podwyżkach. Już 12 grudnia radzieccy dyplomaci w Gdańsku (z których część prawdopodobnie realizowała także zadania dla służb specjalnych) powołali w konsulacie „zespół operacyjny”, który spotkał się z działaczami PZPR różnego szczebla. Co ciekawe polscy towarzysze zapewniali wówczas, iż nie spodziewają się protestów społecznych. Szybko okazało się, jak dramatycznie się pomylili.

Z placówek krajów wolnego świata w Grudniu’70 czołową rolę odegrał Konsulat Szwecji w Gdańsku. Kierujący nim konsul Kurt Gunnar Wik ze swojego gabinetu obserwował pochód protestujących robotników. Konsul poinformował o wybuchu protestów zarówno ambasadę w Warszawie, a za jej pośrednictwem władze w Sztokholmie, jak i Radio Wolna Europa. Konsul Wik tak bardzo rozdrażnił tym działaniem polskie władze, iż zaraz po wydarzeniach grudniowych musiał opuścić Polskę jako persona non grata.

Informacje o sytuacji w Trójmieście zaczęli także zbierać dyplomaci z placówek ZSRR i Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Konsulowie wysłali niższej rangi dyplomatów na rekonesans, sami pozostając bezpieczni w murach swych placówek. Wicekonsul NRD, Heinz Richter, poinformował o licznych śladach walk ulicznych w śródmieściu Gdańska. Radziecki konsulat oszacował z kolei liczbę demonstrantów na 10 tysięcy.

Nazajutrz, 15 grudnia, gdy stało się jasne, iż ukrycie przed polską i międzynarodową opinią publiczną protestów nie jest możliwe, ekipa Gomułki rozpoczęła wielką operację propagandową. W partyjnych mediach pojawił się komunikat Polskiej Agencji Prasowej, a następnie seria artykułów tłumaczących sytuację na Wybrzeżu. Winę za protesty i walki na ulicach zrzucono na „chuliganów”, którzy mieli wykorzystać niezadowolenie robotników. Był to jednak dopiero początek manipulacji. Władze posunęły się do, używając dzisiejszego języka, rozpowszechniania fake newsów kompromitujących protestujących robotników.

Biuro Prasy KC PZPR dysponowało zdjęciami Centralnej Agencji Fotograficznej z Gdańska, które przedstawiały stoczniowców broniących sklepu przed grupką złodziei. Fotografie te zostały jednak poddane retuszowi. Usunięcie stoczniowych kasków spowodowało, iż można je było podpisać jako zdjęcia rzekomych chuliganów rozbijających i rozkradających sklep. Nie mając na czym się oprzeć, dyplomaci zachodnich krajów przekazali tekst oficjalnego oświadczenia PAP swoim władzom. Co gorsza, zmanipulowane fotografie znalazły się na łamach wielu europejskich gazet, które tym samym nieświadomie przyczyniły się do powielania kłamstwa komunistycznych władz.

Reakcje Moskwy na masakrę robotników Trójmiasta i Szczecina nie są do końca znane. Rosyjskie archiwa ciągle jeszcze strzegą tajemnic dawnego imperium. W tej sytuacji trzeba się opierać na wspomnieniach radzieckich przedstawicieli aparatu władzy. Według nich na Kremlu początkowo nie zdawano sobie sprawy z powagi sytuacji, chociaż dzięki raportom gdańskiego konsulatu radzieckie kierownictwo miało obraz wydarzeń na Wybrzeżu. Zmieniły to dopiero doniesienia o użyciu broni i ofiarach śmiertelnych. W tej sytuacji radziecki ambasador, Awierkij Aristow, złożył w Komitecie Centralnym w Warszawie niezapowiedzianą wizytę Władysławowi Gomułce. Pierwszy sekretarz podczas spotkania podkreślał chęć zdławienia robotniczego buntu i co chwila odwoływał się do rzekomego kontrrewolucyjnego zagrożenia. Radziecki ambasador odniósł z kolei wrażenie, że Gomułka zachowywał się nerwowo i sprawiał wrażenie człowieka ciężko chorego Takie informacje zaniepokoiły przywódcę ZSRR Leonida Breżniewa i jego otoczenie.

Gdy na ulicach Trójmiasta pojawiły się czołgi i lała się krew, na Kremlu i w Warszawie toczyła się polityczna gra. Wieczorem 16 grudnia radziecki premier, Aleksiej Kosygin, zasugerował w rozmowie z wicepremierem Piotrem Jaroszewiczem, że zdaniem Moskwy Gomułka stracił panowanie nad sytuacją i nie ma pomysłu na wyjście z kryzysu. Rzekomo wykluczył on też radziecką interwencję, oświadczając, że to PZPR musi znaleźć wyjście z sytuacji. Wkrótce stało się jasne, iż kierownictwo ZSRR najchętniej widziałoby jako nowego pierwszego sekretarza Edwarda Gierka.

Nieco więcej wiadomo o reakcjach innego kraju z obozu państw socjalistycznych, czyli NRD. Już 15 grudnia wszystkie enerdowskie służby zostały postawione w stan podwyższonej gotowości, a na granicy z Polską wzmocniono patrole. Wkrótce też, gdy protesty objęły Szczecin, zamknięto przejście graniczne w Kołbaskowie, blokując tym samym trasę do Berlina. Szczególną „kontrolą operacyjną” poprzez inwigilację, podsłuch i sieć donosicieli miały być objęte zarówno osoby powracające z Polski do NRD, jak i Polacy pracujący w tym kraju.

Jako że większa część mieszkańców odbierała zachodnioniemiecką telewizję, która wspominała o rozlewie krwi w Polsce, towarzysze z Berlina Wschodniego, podobnie jak ekipa Gomułki, rozpoczęli wielką operację propagandową. Działacze Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) otrzymali specjalne wytyczne, co mówić na spotkaniach i partyjnych naradach. Powielano kłamstwa ekipy Gomułki o rozbijających sklepy chuliganach. Podobną narrację przyjęły także wschodnioniemieckie media, oskarżając przy tym RFN i NATO o „podgrzewanie nastrojów” w Polsce i bliżej nieokreślone „prowokacje”.

Trudno stwierdzić, czy i w jakim stopniu machina propagandowa wpłynęła na poglądy zwykłych mieszkańców NRD. Częśćz nich zapewne uwierzyła lub chciała uwierzyć w propagandowe zaklęcia. Według zachowanych raportów Stasi w rozmowach w zakładach pracy i gospodach pojawiały się antypolskie stereotypy mówiące o tym, że „Polacy nie potrafią rządzić własnym krajem”. Część zwykłych Niemców odrzuciła jednak propagandowe klisze, podkreślając w rozmowach, iż biedni, zdesperowani ludzie to nie chuligani. Władza, która strzelała do robotników, miała, zdaniem niektórych członków SED, niewiele wspólnego z prawdziwym socjalizmem.

Rzadko, lecz jednak zdarzały się bezinteresowne akty sympatii i solidarności z Polską i Polakami. Stasi odnotowała w czasie trwania protestów na Wybrzeżu kilkadziesiąt takich przypadków. W kilku miastach, m.in. w Berlinie Wschodnim i Erfurcie, pojawiły się napisy na murach i ulotki mówiące o solidarności z Polakami i wzywające do pójścia w ich ślady, a nawet do wywołania w NRD antykomunistycznego powstania.

Osobną kwestią była sytuacja Polaków pracujących za Odrą. Szczególnie trudne chwile przeszli z pewnością pracownicy Gdyńskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego „Wybrzeże”, którzy pracowali przy budowie fabryki porcelany w Ilmenau w Turyngii. Można się tylko domyślać, jak straszne uczucia musiały im towarzyszyć. Być może wśród czytelników tego tekstu są byli pracownicy tego przedsiębiorstwa, których Grudzień ‘70 zastał w NRD. Chętnych do podzielenia się swymi wspomnieniami zachęcamy do kontaktu z Muzeum Miasta Gdyni.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja po drugiej strony „żelaznej kurtyny”. Szczególnie uważnie sytuację na Wybrzeżu obserwowano w RFN. Nic dziwnego, zaledwie tydzień wcześniej zawarto przecież w Warszawie wspomniany układ zakładający normalizację stosunków. Władze RFN obawiały się więc upadku Gomułki lub innych politycznych zawirowań, które mogłyby na przykład spowodować wycofanie się Polski z polityki zbliżenia z RFN. Obawiano się także, iż protest przeniesie się z Wybrzeża na inne miasta, a Polska utonie w chaosie, co mogłoby spowodować radziecką interwencję.

Dopiero 19 grudnia rzecznik prasowy rządu kanclerza Brandta, Conrad Ahlers, w odpowiedzi na pytanie z redakcji dziennika „Welt am Sonntag” wydał krótkie oświadczenie na temat sytuacji w Polsce. Jego pierwsze zdanie brzmiało jednak absurdalnie, bowiem rząd w Bonn ze względu na rozlew krwi uznawał zajęcie konkretnego stanowiska w tej sprawie za „niestosowne”. Według słów rzecznika władze RFN postrzegały sytuację w Polsce jako kolejny przejaw „głębokiego i niemożliwego do przezwyciężenia” kryzysu gospodarczego w bloku wschodnim. Ewidentnie nie chciano zrazić do siebie zarówno ekipy Gomułki, jak i Kremla. Jednak na dyplomatycznych salonach nawet taka łagodna i wyważona wypowiedź została skrytykowana przez radzieckich dyplomatów, którzy uznali ją za „nieprzyjazną” wobec ZSRR i bloku wschodniego.

Media w RFN usiłowały obiektywnie informować o wydarzeniach na Wybrzeżu. Wiele artykułów opierało się na informacjach pozyskanych od osób trzecich. Kilku dziennikarzy szwedzkiej i duńskiej prasy przebywało w czasie grudniowych dni w Szczecinie i Słupsku. Ich relacje z walk ulicznych przytoczyła prasa w całej Europie. Z kolei kapitan jednego z zachodnioniemieckich statków handlowych stojących na redzie portu w Gdańsku poinformował o słupie dymu unoszącym się nad miastem po spaleniu budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR przez protestujących. Z drugiej jednak strony zdarzały się przekłamania i plotki. Niektóre tytuły publikowały sensacyjne informacje, np. o rzekomym wybuchu na terenie ambasady ZSRR w Warszawie czy też o przejściu części wojska w Gdyni na stronę stoczniowców.

W kakofonii sprzecznych komunikatów na pierwszym planie znalazły się opisy walk ulicznych w Szczecinie i Słupsku oraz wzmianki o sytuacji w Gdańsku i Gdyni. Bodaj najsmutniejszym faktem jest jednak pominięcie w zachodnich mediach „czarnego czwartku”, czyli wydarzeń z 17 grudnia w Gdyni. Obrazy, które dla Polaków są symbolami grudniowej masakry, zdjęcia niesionego na drzwiach „Janka Wiśniewskiego”, pozostały poza Polską w zasadzie nieznane.

Bodaj jedynym wyłomem w blokadzie informacyjnej, przez który informacje o gdyńskiej tragedii jednak przedostały się do wolnego świata było Radio Wolna Europa. Informacje o walkach ulicznych i gdyńskiej tragedii przekazał amator krótkofalowiec z Witomina, Zbigniew Ejtminowicz, co opisała swego czasu w „Gazecie Wyborczej” Katarzyna Fryc. Wstrząśniętemu rozlewem krwi gdynianinowi udało się nadać w świat w języku angielskim krótką informację: „Przekaż informację dziennikarzom. W Polsce, w Gdyni trwa masakra, na ulicach wojsko i skoty, Strzelają, krew się leje, giną ludzie”. Jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem komunikat ten nadało Radio Wolna Europa. Szczegółów gdyńskiej tragedii Zachód nigdy jednak nie poznał.

Amerykanie dzięki raportom Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) szybko dowiedzieli się o wydarzeniach w Polsce. 16 grudnia na biurko prezydenta Richarda Nixona w gabinecie owalnym w Białym Domu trafił raport, w którym po raz pierwszy wspomniano o protestach w Trójmieście. Kolejne dni przynosiły dalsze szczegółowe informacje o sytuacji w Polsce, strajkach i walkach ulicznych. Co ciekawe, przewidywano, iż napięta sytuacja i niepokoje mogą potrwać nawet do połowy 1971 roku. Analitycy CIA odnotowali także echa wydarzeń w Polsce w innych krajach bloku wschodniego. I tak, 18 grudnia minister finansów Bułgarii zapowiedział publicznie, iż nie planuje żadnych podwyżek cen żywności.

Głównym zmartwieniem USA była jednak ewentualna interwencja ZSRR w Polsce. Według raportu CIA z 19 grudnia jednostki Armii Radzieckiej w Polsce, NRD i Czechosłowacji nie zostały jednak postawione w stan gotowości, co świadczyło o tym, że Sowieci nie planowali akcji zbrojnej. Reakcje amerykańskiej dyplomacji były zatem powściągliwe. Media za oceanem opisywały jednym tchem rozlew krwi w Polsce i obawy władz, iż protesty mogą niekorzystnie wpłynąć na proces odprężenia w Europie, którego prezydent Nixon był gorącym zwolennikiem.

Podobne stanowisko zajęli Brytyjczycy i Francuzi. Londyn, niezależnie od tego, kto akurat rządził, konserwatyści czy Partia Pracy, trzymał się żelaznej zasady nieingerowania w wewnętrzne sprawy innych krajów, zwłaszcza tych w radzieckiej strefie wpływów. Z kolei prasa francuska podkreślała kłopoty gospodarcze nad Wisłą, a dziennik „Paris Jour” określił nawet Polskę Gomułki mianem „chorego człowieka Wschodu”.

Sytuacji w Polsce przyglądały się także władze i media krajów położonych na uboczu wielkich dyplomatycznych rozgrywek. O protestach na polskim Wybrzeżu z dużą dozą sympatii i współczucia dla ofiar informowano nawet w dalekiej Algierii.

Upadek Gomułki i zastąpienie go przez Edwarda Gierka zostały przyjęte w zachodnich stolicach z wyraźną ulgą. Podobnie przyjęto informacje o powolnym stabilizowaniu się sytuacji w Polsce. Nowy pierwszy sekretarz zapowiedział bowiem kontynuację polityki zagranicznej swojego poprzednika, a także zbliżenie z Zachodem. Zamiast gromadzenia informacji na temat skali ofiar i represji po zdławieniu protestów, dyplomaci i publicyści skupili się od tej pory na rozpisywaniu scenariuszy na przyszłość i analizowaniu kolejnych kroków Gierka.

27 stycznia 1971 roku sytuacja w Polsce była przedmiotem obrad Komitetu Politycznego NATO. Przedstawiciele poszczególnych krajów członkowskich zastanawiali się wówczas, dlaczego na Wybrzeżu polała się krew. Najbardziej konkretną ocenę Grudnia ‘70 wygłosił stały przedstawiciel USA przy NATO Robert Ellsworth. Podkreślił on przyczyny ekonomiczne protestów, które nie były antykomunistycznym powstaniem, lecz wyrazem desperacji zwykłych ludzi. Zauważył on także, iż ekipa Gierka miała pełne poparcie Moskwy, a nowy pierwszy sekretarz sprawiał wrażenie pragmatyka i człowieka umiarkowanego w odróżnieniu od oderwanego od rzeczywistości Gomułki.

Grudniowe dni 1970 roku wstrząsnęły Wybrzeżem i całą Polską. Odbiły się one także echem na międzynarodowych salonach. Z drugiej strony nie można mówić o żadnych protestach krajów Zachodu, ostrych notach dyplomatycznych czy też wyrazach solidarności z Polakami. Odprężenie międzynarodowe, stabilność sytuacji i niechęć do ingerencji w radziecką strefę wpływów były w stolicach Zachodu priorytetami. Nie pierwszy i nie ostatni raz tragedia zwykłych ludzi przegrała z kalkulacjami dyplomatów i obojętnością bogatych społeczeństw.

 

Korzystałem z następujących archiwów i opracowań:

  • Politisches Archiv des Auswärtigen Amts Berlin
  • Central Intelligence Agency Records Waszyngton
  • Jerzy Eisler, Grudzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 2012.
  • Katarzyna Fryc, Krótkofalowiec, nie bohater. Nieznana historia Grudnia’70 „Gazeta Wyborcza. Trójmiasto” 17.12.2017.
  • Łukasz Jasiński, Grudzień’70 w prasie Republiki Federalnej Niemiec. Relacje i analizy polityczne, „Zapiski Historyczne”, z.3. 2019.
  • Mieczysław Nurek, Dyplomacja brytyjska wobec Grudnia 1970. Pierwsze reakcje i oceny [w:] Polska w podzielonym świecie po II wojnie światowej, pod red. M. Wojciechowskiego, Toruń 2002.
  • Jacek Tebinka, Nadzieje i rozczarowania. Polityka Wielkiej Brytanii wobec Polski 1956-1970, Warszawa 2005.

Łukasz Jasiński

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu „Grudzień ’70”