Alicja Wyszogrodzka. Polskie Projekty Polscy Projektanci zdobyła Dobry Wzór!
Podczas oficjalnej Gali (05.11.2025) Muzeum Miasta Gdyni zostało podwójnym laureatem konkursu Dobry Wzór 2025, organizowanego przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego.
Wystawa „Alicja Wyszogrodzka. Polskie Projekty Polscy Projektanci” została wyróżniona w kategorii: Wzornictwo: rozwój i promocja – Edukacja i promocja wzornictwa, a także otrzymała Nagrodę Instytutu Wzornictwa Przemysłowego w wysokości 10 000 zł!

Karin Moder (Dyrektor Muzeum Miasta Gdyni) i Ania Śliwa (autorka cyklu Polskie Projekty Polscy Projektanci) na scenie podczas gali rozdania nagród Dobry Wzór w siedzibie Instytutu Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie. / fot. Cezary Lisowski

Od lewej: Cezary Lisowski (kurator wystawy), Anna Śliwa (autorka cyklu Polskie Projekty Polscy Projektanci), Alicja Wyszogrodzka (bohaterka wystawy) oraz Karin Moder (Dyrektor Muzeum Miasta Gdyni) podczas gali Dobry Wzór w siedzibie Instytutu Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie.
Na samym początku kierujemy słowa pełne uznania, podziwu i zachwytu do Pani Alicji Wyszogrodzkiej – bohaterki ekspozycji, Projektantki totalnej, będącej dla nas nieprzerwanie inspiracją do twórczego działania. Dziękujemy za zaufanie i możliwość stworzenia pierwszej monograficznej wystawy Pani twórczości.

Od lewej: Karin Moder (Dyrektor Muzeum Miasta Gdyni), Weronika Mojska (kuratorka wystawy), Alicja Wyszogrodzka (artystka, bohaterka wystawy), Dorota Dombrowska-Wyżga (kuratorka wystawy) oraz Cezary Lisowski (kurator wystawy) w trakcie wernisażu wystawy.
fot. Bogna Kociumbas-Kos
W tym miejscu chcieliśmy podziękować i gorąco pogratulować całemu zespołowi kuratorskiemu: Dorocie Dombrowskiej-Wyżdze, Cezaremu Lisowskiemu i Weronice Mojskiej, a także twórcom wystawy: Dorocie Terleckiej i Natalii Ringwelskiej (Biuro kreacja) za projekt aranżacji wystawy, Anicie Wasik za projekt graficzny wystawy i identyfikację wizualną oraz Paulinie Neugebauer za produkcję wystawy.
Dziękujemy też naszym niezastąpionym Partnerom za okazany ogrom wsparcia.
Partnerowi strategicznemu: Invest Komfort
Partnerom technologicznym: One Wall Design, Europapier (Papierowy dizajn)
Partnerom: CottonBee, Dekoma, Design Museum Gent, Instytut Wzornictwa Przemysłowego, Leo Art & Design, Mapalu, IKEA Polska
Kraina wzorów Pani Alicji czeka na Was do 22 lutego 2026 roku w Muzeum – przybywajcie!
Wystawa „Alicja Wyszogrodzka. Polskie Projekty Polscy Projektanci” została dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Zdjęcia: Bogna Kociumbas-Kos, Cezary Lisowski, Muzeum Miasta Gdyni
Zanim grudzień porwie nas w wir świątecznych przygotowań, zapraszamy do miejsca, gdzie można złapać oddech, zanurzyć się w historii i… poczuć prawdziwą magię nadchodzących świąt! W tym miesiącu w Muzeum Miasta Gdyni mamy całą serię wydarzeń, które inspirują, rozbudzają ciekawość, kreatywność, a także pozwalają spojrzeć na Gdynię z innej perspektywy.
Już 3 grudnia przeniesiemy się do czasów, gdy rodził się port wojenny i stocznia na Oksywiu. Wykład Kamila Sarapuka to fascynująca opowieść o miejscu, które zdefiniowało morską tożsamość miasta.
Dla miłośników sztuki przygotowaliśmy 10 grudnia spotkanie z twórczością Henryka Baranowskiego. Wydarzenie będzie poświęcone promocji ebooka o dorobku artysty, a przebiegnie ono w formie rozmowy oraz spotkania z Anną Śliwą (autorką). Podczas niego zostaną odsłonięte kulisy pracy artysty, znanego jako marynistę, jednak potrafiącego zaskoczyć szeroką paletą barw.
W grudniu nie zabraknie również specjalnych wydarzeń, związanych z naszą najnowszą wystawą: Konserwacja na Maxa. Asamblaże Maksymiliana Kasprowicza. Oprowadzanie 14 grudnia będzie skupiało się wokół opowieści o niezwykłej kolekcji dzieł Maxa wraz z omówieniem konserwatorskich wyzwań, z jakimi mierzyła się konserwatorka przy przygotowywaniu 12 asamblaży na wspomnianą wystawę. Z kolei osią oprowadzania kuratorskiego 17 grudnia będzie 55 rocznica wydarzeń Grudnia ’70. Kuratorka – Katarzyna Gec-Leśniak opowie o historii Gdyni zapisanej w materiałach codziennego użytku.
Gdynię odkryjemy na nowo, także dzięki oprowadzaniom po wystawie stałej Muzeum – Gdynia – Dzieło Otwarte. Ekspozycję będzie można zwiedzić z przewodnikiem 7 i 21 grudnia.
A skoro grudzień to… Śledź Adwent w Muzeum Miasta Gdyni!
Od 6 do 21 grudnia zamieniamy muzealne przestrzenie w pachnący choinkami, rozświetlony światłem lampek azyl od miejskiego zgiełku i powszechnej „gorączki zakupowej”. Odwiedzający będą mogli w wybrane dni wypić czekoladę z Pijalni E.Wedel, posłuchać muzyki świątecznej i skorzystać z całej gamy warsztatów! Od zdobienia pierników fląder i papierowych gwiazd, po malowanie bombek w kaszubskie wzory czy tworzenie czekoladowych ozdób z firmą E.Wedel. Będzie także specjalny poranek z Dniem Rodzinnym oraz nastrojowy koncert świąteczny!
Cały program akcji można znaleźć tutaj: https://muzeumgdynia.pl/sledz-adwent/
Chociaż grudzień jest ostatnią kartką w kalendarzu, to wcale nie zwalniamy tempa i chcemy wykorzystać go w pełni, więc zapraszamy wszystkich do celebrowania go razem z nami w Muzeum Miasta Gdyni!
Widzimy się w Muzeum!
Grudzień to dla tysięcy Gdynian czas bieganiny między sklepowymi półkami a wiecznie zapełniającą się naczyniami kuchnią (ciekawe czemu zlew jest zawsze do połowy pełny?). Podczas tego intensywnego czasu zdecydowanie brakuje chwili na zatrzymanie się i zebranie myśli, momentu na odpoczynek i złapanie oddechu.
W Muzeum Miasta Gdyni przygotowaliśmy dla Was przestrzeń, która na nowo pozwoli się cieszyć świątecznym oczekiwaniem. Od 6 do 19 grudnia będziecie mogli zrelaksować się w otoczeniu pachnących choinek i ciepłego światła migoczących lampek, racząc się gorącą czekoladą. Czekają na Was różnorodne warsztaty z tworzenia regionalnych dekoracji oraz jazzowy koncert z nowymi aranżacjami Waszych ulubionych świątecznych utworów. Dodatkowo w muzealnym sklepie znajdziecie specjalne prezentowe zestawy, pierniki w zaskakujących kształtach oraz nasz klasyczny asortyment, który zawsze świetnie się sprawdza jako podarunek dla bliskiej osoby. Do tego będziecie mogli go zapakować w przygotowany na tę okazję piękny świąteczny papier!

Plakat wizerunkowy akcji. Projekt powstał w Kreacji Pro Andrzeja Pągowskiego.
PROGRAM WYDARZEŃ
🍫 Warsztaty ze zdobienia czekoladowych bombek z firmą E. Wedel / 07.12.25, godz. 13:00 – 14:00 i godz. 14:00 – 15:00
Dla kogo? Wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 70 złotych / os., płatne w dniu warsztatów
Ilość miejsc ograniczona!
Rezerwacja miejsc: https://bilety.muzeumgdynia.pl/rezerwacja/termin.html?y=2025&m=12&back=1&idw=390&idg=2
🍪 Warsztaty walk-in ze zdobienia pierników fląder / 10.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
🎄 Warsztaty z malowania szklanych bombek we wzory kaszubskie z Pracownią Farwa / 10.12.25, godz. 18:00 – 20:00
Dla kogo? Osób dorosłych
Bilety: 50 zł / os. | Bilety można pobrać online lub w kasie muzealnej.
🌟 Warsztaty walk-in ze zdobienia papierowych gwiazd / 11.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
🍪 Warsztaty walk-in ze zdobienia pierników fląder / 12.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
✂️ Dzień Rodzinny: co za wspaniały rok! / 13.12.25, godz. 11:00 – 13:00
Warsztaty z tworzenia świątecznych ozdób
Dla kogo? Dzieci w wieku 6-12 lat z opiekunami
Bilety: 15 zł / dziecko | Bilety można pobrać online lub w kasie muzealnej.
🎙️Koncert Warsztatu Działań Scenicznych Marty Smuk / 13.12.25, godz. 17:00 – 19:00
Dla kogo? Wszystkich zainteresowanych
Bilety: Wstęp wolny! Darmowe wejściówki można pobrać online lub w kasie muzealnej.
🌟 Warsztaty walk-in ze zdobienia papierowych gwiazd / 17.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
🎄 Warsztaty z malowania szklanych bombek we wzory kaszubskie z Pracownią Farwa / 17.12.25, godz. 17:30 – 19:30
Dla kogo? Osób dorosłych
Bilety: 50 zł / os. | Bilety można pobrać online lub w kasie muzealnej.
🍪 Warsztaty walk-in ze zdobienia pierników fląder / 18.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
🌟 Warsztaty walk-in ze zdobienia papierowych gwiazd / 19.12.25, godz. 10:30 – 13:00
Dla kogo? Grup szkolnych i wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 25 złotych / os. do zakupienia w dniu wydarzenia
🍫 Warsztaty ze zdobienia czekoladowych bombek z firmą E. Wedel / 20.12.25, godz. 12:00 – 13:00
Dla kogo? Wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 70 złotych / os., płatne w dniu warsztatów
Ilość miejsc ograniczona!
Rezerwacja miejsc pod adresem: zapisy@muzeumgdynia.pl
🍫 Warsztaty ze zdobienia czekoladowych bombek z firmą E. Wedel / 21.12.25, godz. 15:30 – 16:30
Dla kogo? Wszystkich zainteresowanych!
Bilety: 70 złotych / os., płatne w dniu warsztatów
Ilość miejsc ograniczona!
Rezerwacja miejsc pod adresem: zapisy@muzeumgdynia.pl
👉 Szczegółowe informacje dostępne pod adresem edukacja@muzeumgdynia.pl oraz numerem telefonu 58 662 09 35.
Pozostało tylko powiedzieć: śledźcie Adwent w Muzeum Miasta Gdyni! 🐟
Zapraszamy studentów PJATK do udziału w konkursie „Opakuj muzeum”! ![]()
Muzeum Miasta Gdyni ogłasza wyjątkowy konkurs dla studentów naszej uczelni. Waszym zadaniem jest zaprojektowanie wzoru na papier pakowy, który trafi do użytku muzeum, a nawet do jego sklepu.

Plakat wizerunkowy konkursu.
Do przygotowania są dwa projekty:
klasyczny wzór papieru pakowego dla MMG
wzór okolicznościowy z okazji 100-lecia Gdyni
Nagrody w każdej kategorii:
• Nagroda główna: 1000 zł.
• Wyróżnienie: 500 zł.
• Nagrody rzeczowe z publikacji MMG.
Zwycięskie projekty zostaną wydrukowane i wykorzystane w działalności muzeum.
To świetna okazja, by pokazać swój styl, rozwinąć portfolio i stworzyć coś, co realnie trafi do odbiorców!
W konkursie mogą wziąć udział wszyscy studenci PJATK, którzy prześlą zgłoszenie zgodnie z Kartą zgłoszeniową.
👉 Więcej informacji, karta zgłoszeniowa i regulamin, dostępne są tutaj: https://gdansk.pja.edu.pl/…/konkurs-opakuj-muzeum-dla…/
Powodzenia! Trzymamy kciuki za Wasze kreatywne pomysły! ![]()
Dzielimy się dzisiaj z Wami fotograficznym wspomnieniem wernisażu naszej najnowszej wystawy – Konserwacja na Maxa. Asamblaże Maksymiliana Kasprowicza.
Podziękowania za pracę nad ekspozycją składamy przede wszystkim kuratorce Katarzynie Gec-Leśniak, odpowiedzialnej również za aranżację wystawy.

Karin Moder (Dyrektor Muzeum Miasta Gdyni) gratuluje Katarzynie Gec-Leśniak (kuratorce wystawy).
fot. Paweł Jóźwiak
Dodatkowo słowa uznania kierujemy do:
– Tatiany Srokowskiej za konserwację 12 asamblaży Maksymiliana Kasprowicza, prezentowanych na wystawie.
– Ady Zielińskiej za key visual wystawy.
– Mai Markowskiej za wyreżyserowanie filmu, towarzyszącego wystawie.
– Ewy Siwek za redakcję tekstów.
– Kacpra Wiśniewkiego i MAT 95 za produkcję wystawy.
– Patrycji Wójcik za przygotowanie elementów edukacyjnych.
– Antoniny Tuckiej i Michała Miegonia za promocję wystawy.
– Rafała Frankowskiego za konsultację techniczną.
– Roberta Szymanowskiego, Mateusza Kozieleckiego oraz Kacpra Wiśniewskiego za montaż wystawy.
– Anny Śliwy, kuratorki projektu.

fot. Paweł Jóźwiak
Dziękujemy, że byliście tego wieczora z nami, a wszystkich, którym nie udało się do nas dołączyć – zapraszamy gorąco do odwiedzenia ekspozycji!
🎉 Wystawa czeka na Was do 15 lutego 2026 roku!
Wystawa realizowana jest w ramach projektu pt. „Konserwacja 12 asamblaży Maksymiliana Kasprowicza w 100-lecie Gdyni”. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Partner

Partnerzy medialni

Posłuchaj artykułu!
Kilkanaście tysięcy osób demonstrujących 17 grudnia 1970 roku na ulicach Gdyni miało przeciw sobie ponad sześć tysięcy uzbrojonych żołnierzy i milicjantów.

Demonstracja na skwerze przed budynkiem Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (obecnie Urząd Miasta), fot. Zbigniew Kamieński, 17.12.1970 (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/II/6014/3)
„Wszelkie szkło w bufecie, wszystko w domu trzęsło się i telepało przez całą noc. Słychać było jeden wielki huk, jechały czołgi jeden za drugim – wspomina Ewa Jażdżewska, która mieszkała wtedy na Grabówku, w pobliżu kładki łączącej peron stacji SKM Gdynia Stocznia z ulicą Czerwonych Kosynierów [dzisiejsza Morska]. – O szóstej rano słyszeliśmy strzały, to były serie z karabinów maszynowych. Później ucichły i kiedy o w pół do siódmej wychodziłam do pracy, panowała cisza. Żeby dojść na pocztę, gdzie pracowałam, musiałam przejść koło pomostu i tam były tłumy ludzi. Nie wiedziałam, co dzieje się po drugiej stronie torów, widziałam tylko ten tłum na kładce, więcej w ciemnościach nie mogłam dostrzec. Dotarłam do pracy i pół godziny później przybiegła koleżanka, która pracowała w Porcie i zaczęła krzyczeć: «Ewa, strzelają do ludzi jak do kaczków». Tak mówiła, «jak do kaczków», ona była suwnicową”[1].
Jerzy Miotke, 19-letni pracownik Stoczni im. Komuny Paryskiej, uczeń technikum: „Wychodzę o godzinie 5.45 jak zawsze. Idę z ulicy Abrahama na Świętojańską, gdzie wsiadam do autobusu numer 104. Autobus dojeżdża tylko do Dworca Głównego, lecą komunikaty «Praca wstrzymana. Proszę się wycofać do domu», ale przecież poprzedniego wieczoru wicepremier Kociołek nakazał nam wrócić do pracy. Tu jakiś anonimowy głos daje nam coś zupełnie sprzecznego, więc wysiadamy i podążamy ulicą Marchlewskiego [dzisiejsza Janka Wiśniewskiego] od Dworca w kierunku Stoczni. Pierwsi, którzy tam są, to stoczniowcy z wydziałów kadłubowych, bo oni rozpoczynają robotę wcześniej – o 6.00 i 6.15. 12 tysięcy ludzi nie mogło dojeżdżać na jedną godzinę, więc podzielono nas na różne przedziały czasowe, co 15 minut. Ja zaczynałem o 6.30, umysłowi jeszcze później – o 7.00 i stopniowo, aż do 8.00.
Idziemy i gdzieś tak 400 metrów od Dworca jest już ściana ludzi, którzy przyjechali wcześniej. Słyszę strzał ostrzegawczy z pojazdu opancerzonego i za kilka chwil ewidentnie seryjne strzały z broni maszynowej”.
Henryk Mierzejewski, stoczniowiec: „Mieszkałem w tym czasie w hotelu dla uczących się przy Kapitańskiej, naprzeciwko stacji Gdynia Stocznia, ale poprzedniego dnia pojechałem do mojej narzeczonej, obecnie żony, do Chyloni, żeby podzielić się z nią tymi wszystkimi zdarzeniami z wtorku i środy [Henryk Mierzejewski uczestniczył w demonstracji 15 grudnia, która zaowocowała powołaniem Komitetu Strajkowego – rozbitego w nocy z 15 na 16 grudnia]. Zostałem u niej, a w nocy spacyfikowano mój hotel – milicja wyciągnęła wszystkich, przeprowadziła ścieżki zdrowia, część ludzi tych aresztowano. Dopiero później dowiedziałem się, czego uniknąłem. Rano razem jechaliśmy trolejbusem do pracy – ona do Dalmoru, ja do Stoczni. Na wysokości Stoczni widzieliśmy przez tory szpaler czołgów, ciężkich samochodów. W trajtku zaczęły się płacze, a jak wyjechaliśmy tunelem do Dworca Głównego, to zobaczyliśmy czołg. W trajtku histeria. Czołgi stały też na 10 Lutego, przy PLO i bankach [czyli na skrzyżowaniu z 3 Maja]. Na Placu Kaszubskim – jakaś taka bateria, armata, coś takiego. Wyszliśmy z trajtka i pobiegliśmy do Dalmoru. WOP-iści [funkcjonariusze Wojsk Ochrony Pogranicza] wpuszczali tylko pracowników z przepustkami, więc szybko pożegnałem się z narzeczoną i pędem w kierunku Stoczni, bo słyszałem już strzały. Na wysokości Dworca, za sądem naprzeciwko mnie szedł skrwawiony tłum. Mogę tak to określić, bo ludzie mieli zakrwawione ubrania, krzyczeli: «Mordercy, mordercy»”[2].
Ewa Jażdżewska: „Jak ta moja koleżanka krzyczała, że strzelają do ludzi, to ja usiadłam do dalekopisu i zaczęłam łączyć z dużymi miastami: Wrocławiem, Bydgoszczą, Poznaniem. Nadawałam tylko jedną treść: w Gdyni mordują robotników i szybko rozłączałam dalekopis, żeby nikt nie mógł zidentyfikować, z którego urzędu pocztowego poszła informacja. O 8.15 łączność została zerwana. Urząd Pocztowy nie był otwarty. Naczelnik kazała nam w związku z tym rozpakowywać druki. Rąbnęłam paczkę z drukami i powiedziałam: «Ja idę pod Stocznię»”.
Jerzy Miotke: „Mniej więcej o godzinie 8.50, może o 9.00 jestem znów przed Dworcem Głównym, na Placu Konstytucji. Decyduję wycofać się stamtąd i iść do domu, wychodzę z placu i słyszę z prawej strony, spod torów krzyki i hasła dość głośno, intensywnie wykrzykiwane. A to jest pochód, który niesie na drzwiach ciało Zbyszka Godlewskiego. Wychodzą spod ulicy Podjazd w ulicę 10 Lutego. Wśród tych niosących ciało na drzwiach widzę znów moich kolegów ze stoczni. I ten tłum dość spokojnym, rytmicznym krokiem zmierza w stronę ulicy 10 Lutego. Dołączam do nich”.
Wielość pochodów i sprzeczności
Symbolem gdyńskiego Czarnego Czwartku stał się pochód ze Stoczni – ulicami Czerwonych Kosynierów, 10 Lutego i Świętojańską – do skrzyżowania z Czołgistów [dziś al. Piłsudskiego] przed Prezydium Miejskiej Rady Narodowej [dziś Urząd Miasta Gdyni]. Robotnicy nieśli – położone na drzwiach wyrwanych po drodze z toalety – ciało zabitego Zbigniewa Godlewskiego. Do demonstrujących, zatrzymywanych i atakowanych przez milicję i wojsko, stopniowo dołączali mieszkańcy Gdyni, ktoś wyniósł krzyż z kościoła Najświętszej Marii Panny, ktoś rozsypał nad zmarłym kwiaty z mijanej kwiaciarni.
Kiedy czyta się wspomnienia świadków i uczestników pochodu, zwracają uwagę nieścisłości. Jedni z Czerwonych Kosynierów do Śródmieścia przeszli pod wiaduktem koło Dworca, inni tunelem pod peronami. Nie zgadzają się trasy, godziny i miejsca odłożenia zwłok czy rozproszenia pochodu, liczba uczestników.
Pierwsza zwróciła na to uwagę Wiesława Kwiatkowska, prekursorka badań nad Grudniem 1970. Gdyńska dziennikarka zbierała relacje uczestników już w latach 1980-1981. „Przez długi czas stanowiło to dla mnie zagadkę (w Gdyni przez dziesięć lat wspominało się ten pochód, zawsze w liczbie pojedynczej), nim ponowne wsłuchanie się w zapis magnetofonowy rozmów prowadzonych przez funkcjonariuszy SB nie nasunęło rozwiązania. Pochody z ciałem na drzwiach były co najmniej dwa, a śmiało można przyjąć, że więcej[3]” – napisała w książce Grudniowa apokalipsa.
Robert Chrzanowski wylicza kilka demonstracji. Pierwsi demonstrujący mieli wyruszyć już około 7.00 rano od gmachu sądu w kierunku 10 Lutego lub – przez Migały [dzisiejsza Wójta Radtkego] do Placu Kaszubskiego. „Ten pochód został rozbity przez milicję, która także użyła broni palnej”[4] – pisze Chrzanowski.
W tym czasie ludzie zbierali się też przed Prezydium, przed ósmą rano było ich tam – według różnych relacji – między dwa a pięć tysięcy. Gmachu pilnowało wojsko, komendant Milicji Obywatelskiej skierował na miejsce 360 funkcjonariuszy, nad manifestującymi kołował helikopter, z którego zrzucano petardy i gaz łzawiący. Około 8.30 pod Urząd Miasta dotarł następny pochód. Milicjanci, którzy najpierw cofnęli się pod jego naporem, wkrótce użyli broni. Na ratunek, często spóźniony, manifestującym przyjeżdżały karetki pogotowia, na pomoc funkcjonariuszom przysłano 371 milicjantów z Gdańska.
Pochód z zabitym Zbigniewem Godlewskim, wielokrotnie atakowany i rozpraszany przez milicję i wojsko, przybył na skrzyżowanie Świętojańskiej i Czołgistów ok. 10.30.
Przed godziną milicyjną, którą ogłoszono o 17.00 przeszły ulicami śródmieścia jeszcze co najmniej dwie grupy demonstrantów, w tym jedna – w ślad za plotką, że w budynku Wyższej Szkoły Morskiej czekają władze miejskie gotowe do rozmów z robotnikami – ulicami Władysława IV i 10 Lutego w kierunku Czerwonych Kosynierów.
Ze względu na to wszystko – wielość pochodów i sprzeczności w relacjach świadków i uczestników – niniejszy tekst ma na celu przywołanie atmosfery, która panowała tego dnia w Gdyni, a nie chronologiczne odtworzenie zdarzeń.
Całe miasto wrze
Henryk Mierzejewski: „Tłum szedł od strony Stoczni, więc ja przez tory przebiegłem na Czerwonych Kosynierów i dalej w kierunku kładki. Tam strzelano do nas, było wielu rannych, nie wiem ile to trwało, myślę, że godzinę, może półtorej. Wreszcie wzięliśmy zabitego chłopaka i poszliśmy w kierunku Dworca Głównego. Mijaliśmy baraki kolejowe, ktoś rzucił, że potrzebna jest jakaś deska, żeby położyć chłopaka – dokąd nieśliśmy go trzymając za ręce i nogi, był trochę poniewierany – i wyrwaliśmy drzwi do ubikacji. Położyliśmy zabitego i szliśmy dalej w kierunku 10 Lutego.
Jak schodziliśmy pod wiadukt, to z czołgu wystrzelili ślepaka. Odgłos był niesamowity i wszyscy wpadliśmy w panikę. Skierowaliśmy się do tunelu pod Dworcem, szliśmy krzycząc «Mordercy, mordercy». Tłum, skandowanie – niosło mnie to, nie czułem, że idę, tylko że biegnę, że lecę. Wyszliśmy na 10 Lutego, tam zdarzył się incydent, który zapamiętałem na całe życie. Między bankami a PLO stał czołg, wokół kręciło się kilku żołnierzy z karabinami na szyi. Mój znajomy z brygady, Janek, nie przypomnę sobie nazwiska, podbiegł do jednego z żołnierzy, chwycił za karabin i nagle temu człowiekowi z oczu trysnęły łzy. Nie, że się zwyczajnie rozpłakał, tylko wyciekły dwa strumienie łez. Powiedziałem do kolegi, żeby go zostawił, bo nie wiadomo, co się stanie. Puścili nas dalej. Skręciliśmy w Świętojańską, cały czas towarzyszył nam helikopter, z którego rzucali świecie dymne. Cała ulica była zadymiona, gdzieś w połowie zobaczyliśmy, że idzie na nas milicja. Celowali w nas świecami dymnymi, prawdopodobnie pociskami ostrymi też. Zostawiliśmy drzwi z zabitym i rozbiegliśmy się na boki, po bramach, po mieszkaniach. Ja przedostałem się na ulicę Bema i dobiegłem aż do kościoła Franciszkanów na Wzgórzu Nowotki [dziś Wzgórze Św. Maksymiliana] i na drugą stronę torów, gdzie też już było pełno milicji”.
Jerzy Miotke: „Ja z tym pochodem dochodzę do kina Warszawa, po przeciwnej stronie kościoła Najświętszej Marii Panny. Znam tę okolicę, każde podwórko, każde przejście, więc docieram na Abrahama. Wchodzę do domu, jest ciągle rano, na pewno przed 10.00. Mama spłakana, wykończona oświadcza, że mojego młodszego rodzeństwa nie ma. Oni poszli na 8.00 do swoich szkół. Mówię więc, że spróbuję ich poszukać. Wychodzę na ulicę Władysława IV. Tutaj jest już wielka zadyma. Pochód idzie Świętojańską, ale całe miasto wrze”.
Janina Żabkiewicz: „Mieszkałam wtedy przy ulicy Abrahama i rano dołączyłam do tego orszaku, w którym był niesiony na drzwiach zabity stoczniowiec. Szliśmy Świętojańską razem z pracownicami i pracownikami Stoczni, Portu, z uczniami, którzy tego ranka wyszli do szkół, ale te były zamknięte, więc dołączyliśmy. Śpiewaliśmy religijne i patriotyczne pieśni, rozmawialiśmy między sobą. Parokrotnie zatrzymywali nas zomowcy, ale po jakimś czasie znowu szliśmy do przodu. Po różnych przepychankach około godziny 10.00 doszliśmy przed Miejską Radę. Staliśmy, śpiewaliśmy pieśni, czekaliśmy, że wyjdzie ktoś z Miejskiej Rady i powie, że cofną te podwyżki, które były bardzo drastyczne i że rozejdziemy się w spokoju jakoś, a potem wszystko wróci do normy.
No niestety, spojrzałam w górę i zobaczyłam krążący nad nami helikopter. Otworzyły się drzwi w tym helikopterze i jakiś mężczyzna, nie wiem czy wojskowy czy zomowiec, prawie że się wychylił: patrzył na nas i zaczął rzucać gazami łzawiącymi, jakimiś petardami. Tłum się rozpierzchł, zaczęliśmy uciekać w różne strony. Usłyszałam łomot dochodzący z którejś z bocznych ulic, chyba z Bema, w naszą stronę napierał szpaler zomowców. Pałami walili w tarcze, ciągle pamiętam ten rytmiczny odgłos. Przed oczami miałam ciemno od gazów łzawiących. W pewnym momencie poczułam ból na plecach i straciłam przez chwilę świadomość. Ocknęłam się na Świętojańskiej, blisko Czołgistów. Zobaczyłam, że ludzie przemykają we wszystkie strony, nie wiedziałam, co robić, nagle uzmysłowiłam sobie, że mogę przez bramę przelecieć do moich rodziców, którzy mieszkali przy Władysława IV – tam, gdzie na dole była kawiarnia Saga. Przeleciałam szybciutko, biegłam przez podwórze. Jacyś ludzie spytali, co mi się stało. Mówię: «Nie idźcie nigdzie, bo strzelają do bezbronnych ludzi». Patrzyli na mnie zdziwieni, ale wrócili się.
Przyszłam do rodziców, mamusia opatrzyła mi kolana, dała jakąś tabletkę na uspokojenie, coś do picia. Tata mówił, że to niemożliwe, co się dzieje. Obserwowaliśmy sytuację z okien na szóstym piętrze – nasze wychodziło na Władysława IV, a sąsiadów na Czołgistów, więc biegaliśmy od jednego do drugiego patrzeć, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Na Władysława IV tłum robotników i uczniów stanął tyłem do torów. W ich kierunku wystartowali zomowcy całym szpalerem. W pewnym momencie zaczęli strzelać ostrą amunicją. W pierwszym szeregu stał młody mężczyzna, wysoki, w kożuszku – zapamiętałam ten kożuszek, bo wtedy taka moda dopiero wchodziła, mało było takich ubiorów w Gdyni. Uniósł rękę i zomowiec strzelił mu prosto w piersi. Chłopak przewrócił się na plecy i drżał. Tłum ruszył na tych zomowców. Niektórzy mieli kamienie w rękach, petardy, które nie wybuchły, rzucali tym i odsunęli zomowców w stronę stacji benzynowej na Czołgistów. Podjechała karetka na sygnale i zabrała tego zabitego. Po latach dowiedziałam się, że nazywał się Waldemar Zajonczko[5]. W myślach nazwałam go Kmicic, bo tak mi się jawił pięknie – rozwiane włosy i ten kożuszek, odważny chłopak”[6].
Ireneusz Grabczak, pracownik wydziału wyposażeniowego Stoczni Marynarki Wojennej: „Oksywie i Obłuże były obstawione wojskiem, więc wydostaliśmy się dróżkami przy kanale, gdzie teraz znajduje się baza kontenerowa, na dziko przeszliśmy przez tory i znaleźliśmy się na Czerwonych Kosynierów. Dołączyliśmy do ludzi zmierzających w kierunku miasta. Ja z grupą innych chłopaków poszedłem w okolicę stacji SKM Wzgórze Nowotki. Tam utworzyła się reduta – duży tłum i dobre kamienie, dobrze leżały w dłoniach. Jak widzieliśmy milicję, to rzucaliśmy kamieniami. Oni nas atakowali. Dochodziło do zwarć, miałem nawet rozciętą głowę, ale laliśmy się z nimi równo. Oni nas pałami, my pięściami. Byliśmy młodzi, więc była to dla nas frajda, żeby walić w milicję, której nie lubiliśmy. Nie wiedziałem wtedy, że w Gdyni tego dnia giną ludzie. Milicjanci, jak nie mogli sobie dać z nami rady, to w końcu zaczęli strzelać. Strzelali seriami. Lekko dostałem w nogę, nad kolanem, ale zobaczyłem to dopiero w domu”.
Edward Florek, stoczniowiec: „Spod Stoczni dotarłem z manifestantami pod Urząd Miasta. Na Bema stały oddziały ZOMO, które po jakimś czasie ruszyły na protestujących. Rzuciliśmy się do ucieczki. Ja przebiegłem na ulicę Partyzantów. Odwróciłem się w kierunku Urzędu Miasta i poczułem silne uderzenie w klatkę piersiową z prawej strony. Chciałem biec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Poczułem się słabo. Ręką dotknąłem miejsca uderzenia. Rękę i ubranie miałem zabrudzone krwią. Chciałem uciekać, ale już nie mogłem”.
Jerzy Miotke: „Wozy pancerne, posterunki, kordony milicji i wojska. Wszędzie stoją, sprawdzają, legitymują, uniemożliwiają jakiekolwiek gromadzenie się większej ilości ludzi. Ludzie próbują się organizować, jeśli oni rzucają petardy, to my je odrzucamy. Dochodzę do szkoły najmłodszej siostry, okazuje się, że jest tam bezpieczna. Do VI Liceum Ogólnokształcącego na Wzgórzu Nowotki nie ma jak się przedostać, ale dowiaduję się, że dzieciaki rano tam nie dotarły. Szukam ich więc po mieście. Spod Prezydium wycofuję się ulicą Bema i tam dopada mnie kordon wojskowych. Na czoło wychodzi czterech żołnierzy, podporucznik żąda wylegitymowania się. W dowodzie mam wpisane, że jestem pracownikiem Stoczni Komuny Paryskiej, więc każe mi pokazać ręce. Brudne byłyby dowodem, że rzucałem kamieniami z nasypów kolejowych, czyli brałem czynny udział w protestach. Mam ręce czyste, oni dopytują, co robię, tłumaczę, że szukam rodzeństwa. On sobie pisze to w notatniku, nie zna topografii Gdyni, więc pokazuję paluchem, gdzie byłem i dokąd idę. Chcę iść do ciotki, która mieszka przy Kilińskiego zobaczyć, czy tam nie schroniły się dzieci. Idą ze mną. Po drodze dwaj żołnierze z tego kordonu zaczęli mnie bić po plecach i po nogach aż się przewróciłem. Dopiero ten oficer ich powtrzymał. Dochodzimy do domu mojej ciotki, oni zostają na dole, chcą czekać, ale ciotka nie pozwala mi wyjść”.
Ewa Jażdżewska: „Z tymi ludźmi, którzy nieśli na drzwiach poległego, dotarłam na Świętojańską. Za nami jechała platforma, na której kręcił się karabin maszynowy, aż zamknęli nas w kocioł. Położyliśmy tego chłopaka na drzwiach na ulicy i rozbiegliśmy się po klatkach. Oczy mieliśmy zalane łzami, bo przecież wszędzie było pełno gazu, nogi jak z gumy, prawie po omacku, dotarliśmy na ostatnie pięto. Towarzyszył mi kolega z poczty, roznosiciel telegramów. Zapukałam do drzwi, kobieta otworzyła drzwi i myśmy się właściwie wdarli do tego mieszkania. Nie wyganiała nas, tylko mówiła: «Boże, szkoda was, zabiją was». Odczekaliśmy jakiś czas zanim wyszliśmy”.
Janina Żabkiewicz: „W pewnym momencie zrobił się szum na klatce schodowej. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam uciekających robotników – dwóch ze Stoczni, jeden z Portu, może odwrotnie. Biegli na nasze piętro, żeby schronić się przed zomowcami. Wpuściłam ich do nas, szybko zamknęłam drzwi i chwilę potem widziałam przez wizjer, że zomowcy już gnają za nimi. Patrzyliśmy jeszcze, jak biją ludzi. Około godziny 14.00, może 15.00 tłum się rozrzedził, ludzie się wycofywali, a zomowcy zaczęli wyłapywać młodych chłopców, którzy po prostu próbowali się do domu dostać. Widzieliśmy, jak chłopak poprosił jakąś parę, żeby mógł między nimi przejeść na drugą stronę ulicy. Zomowcy podeszli do nich, wylegitymowali to małżeństwo, a chłopcu kazali pokazać ręce. Miał brudne – prawdopodobnie od rzucania petard i gazów łzawiących. Kobieta z tej pary chciała go jakoś wyrwać, zomowiec ją odepchnął i za włosy zaciągnęli chłopca do Miejskiej Rady. Tam, gdzie bili zatrzymanych. Tata zaraz powiedział do tych panów, którzy u nas byli: «Szybko idźcie do łazienki umyć ręce, a wszystko, co macie w kieszeniach, wyrzućcie pod zlew, inaczej nie wyjdziecie»”.
Siły wojska i milicji
Robert Chrzanowski podaje, że w pacyfikacji gdyńskiego protestu brały udział trzy pułki Wojska Polskiego wspomagane przez Wojska Ochrony Pogranicza i Marynarkę Wojenną – w sumie prawie pięć tysięcy żołnierzy. Dla wsparcia miejscowej Milicji ściągnięto jednostki ze szkół w Słupsku, Piasecznie i Szczytnie – 17 grudnia było na ulicach, według różnych źródeł, 1651 lub 1265 funkcjonariuszy MO. Nie wiadomo, jak uzbrojeni byli milicjanci. Wojsko miało do dyspozycji 36 czołgów, 187 transporterów opancerzonych i 252 samochody. W raporcie z akcji „Grudzień’70” wojsko podaje, że zużyło 845 nabojów do kałasznikowów, 771 pocisków do czołgowych karabinów maszynowych, 105 nabojów pistoletowych, uszkodzony został jeden pocisk do armaty czołgowej.
Chrzanowski podkreśla, że wojskowe raporty pełne są nieścisłości. „W demonstracjach wzięło udział maksymalnie kilkanaście tysięcy osób. Przeciwko nim, pozbawionym jakiejkolwiek broni, skierowano ponad 6000 uzbrojonych żołnierzy i milicjantów”[7] – pisze.
Powroty
Jerzy Miotke: „Wracam do domu około godz. 13.30., okazało się, że cała trójka rodzeństwa już jest. Patrzymy przez okno, co się dzieje. Na podwórku chłopcy spuszczają z samochodów paliwo do butelek, żeby robić koktajle Mołotowa i rzucać w oddziały policji, milicji czy wojska. Nagle na wysokość naszego piętra podlatuje śmigłowiec, żołnierz rozsuwa drzwi i z broni automatycznej strzela do tych chłopaków. Ja niemal widzę twarz tego człowieka. Nasz sąsiad, pan Leon poustawiał na parapecie doniczki z ziemią i jak widzi żołnierza czy milicjanta, to myk, zrzuca. Nas do tego też zachęca. Ja mówię: «Panie Leonie, mam lepszy pomysł. Na szóstym piętrze jest pralnia i ten taras, gdzie matka suszy obrusy. Zamknijmy się tam od środka, niech ktoś zawiesi kłódkę i stamtąd rzucajmy te doniczki». Tak robimy. Oni usiłują ustalić skąd to jest rzucane, dolatują na szóste piętro, ale nie atakują, bo wiszą kłódki, więc sądzą, że nikogo w pralni nie ma. I tak trwa to cały dzień”.
Edward Florek: „Nie upadłem na ziemię, gdyż ludzie będący koło mnie złapali mnie pod ręce i podtrzymywali. Ulicą Partyzantów akurat przejeżdżała bagażówka, zatrzymali ją i wrzucili mnie do środka. Bagażówka zawiozła mnie na pogotowie przy ulicy Żwirki i Wigury. Stamtąd karetka zabrała mnie do szpitala w Redłowie. Pamiętam, że lekarze przyprowadzali studentów, którzy byli na praktyce, żeby pokazywać im, jak wygląda rana postrzałowa. Zakwalifikowano mnie do operacji w Akademii Medycznej w Gdańsku. W godzinach popołudniowych zostałem tam odwieziony. Przeszedłem operację, podczas której usunięto mi uszkodzoną część górnego płuca prawego. Na sali, w której leżałem, przebywało jeszcze dwóch pacjentów rannych podczas protestów. Sala była strzeżona przez esbecję i dostępna tylko personelowi medycznemu. Przestała być strzeżona po zmianie na szczytach władzy w Warszawie. 5 stycznia 1971 roku zostałem zawieziony na dalsze leczenie do sanatorium w Prabutach, gdzie byłem do 18 marca 1971 roku”.
Ireneusz Grabczak: „Uciekaliśmy przed milicją łąką, gdzie teraz jest market duży i wyższa szkoła, naprzeciw był hotel Bałtyk. Z grupą ludzi dobiegłem do lasu. Nigdy wcześniej nie chodziłem tędy. Jakiś chłopak mnie przeprowadził, wyszliśmy z lasu za Cmentarzem Witomińskim. Na Grabówku pokazał mi drogę, gdzie nie spotkam glin i doszedłem do domu około godz. 17.00. Matka zobaczyła obrażenia i opatrzyła mnie domowymi sposobami, spirytusem, jakąś maścią, zabandażowała. Jeszcze z wojny wiedziała, jak to robić. Przestrzegła, żebym nikomu nie mówił, że zostałem ranny”.
Ewa Jażdżewska: „Powiedziałam koledze, żeby dał mi część telegramów. «Jak nas zatrzymają, to powiemy, że roznosimy telegramy po prostu. Oni są ze Słupska, nie znają Gdyni, nie zorientują się, że to adresy z Grabówka». Dał mi połowę, wzięłam go pod rękę i wyszliśmy na ulicę Władysława IV. Tam stali zomowcy i wyłapywali dosłownie wszystkich. Postanowiłam iść. Udając zakochaną parę przeszliśmy między zomowcami. Nie zatrzymali nas. Byłam już wtedy w wysokiej ciąży. 18 stycznia 1971 roku urodziłam córkę”.
Janina Żabkiewicz: „Około godziny 16.00 tłum się rozszedł i zrobiła się cisza, przez megafony ogłaszano godzinę milicyjną. Wtedy ubrałam się i poszłam do domu na Abrahama, gdzie rano zostawiłam małą córkę, Oleńkę. Na drugi dzień obudziłam się cała obolała, z kolanami spuchniętymi po uderzeniach zomowca.
Wiele lat później, gdy w mieszkaniu rodziców mieszkał mój syn, a ja od dawna na Witominie, byłam tam na sylwestra. Zamówiłam taksówkę i przyjechał jeden z tych panów, których wtedy przyjęliśmy w domu. Usłyszał, że jest zapotrzebowanie na kurs pod ten adres i specjalnie wziął, bo przeczuł, że wyjdzie ktoś z mieszkania, w którym się uratował. Rozmawialiśmy krótko, bo to noc sylwestrowa, nie chciałam go zatrzymywać, ale powiedział, że dzięki temu, że miał umyte ręce, jakoś go nie złapali i bezpiecznie wrócił do domu”.
* * *
W maju 1971 roku, już za nowej władzy centralnej, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku Alojzy Karkoszka, napisał do sekretarza Komitetu Centralnego Edwarda Babiucha prośbę o przyznanie gdańskiemu KW 60 tysięcy złotych na nagrody dla pracowników aparatu, którego „postawa w wypadkach grudniowych i obecnie jest godna pochwały”. Kwota miała stanowić rekompensatę za „nieprzespane noce, dziesiątki nadgodzin, za ratowanie mienia społecznego z narażeniem życia oraz szczególną ofiarność i poświęcenie w pracy dla przywrócenia normalizacji życia społecznego i gospodarczego w województwie”[8].
Aleksandra Boćkowska
[1] Jeśli nie zaznaczono inaczej, wypowiedzi świadków i uczestników Grudnia pochodzą z rozmów przeprowadzonych przez Annę Kisicką lub Marka Wąsa w latach 2021-2023 w ramach projektu Grudzień ’70. Nieobecność, prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[2] Wypowiedź pochodzi z rozmowy przeprowadzonej przez Justynę Zając w 2014 roku w ramach projektu prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[3] W. Kwiatkowska, Grudniowa apokalipsa, Gdynia 1993, s. 56.
[4] R. Chrzanowski, Krew na ulicach [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020, s. 50.
[5] Waldemar Jerzy Zajonczko, ur. w 1950 roku w Sopocie mieszkał z rodzicami na Witominie, w październiku 1970 roku rozpoczął studia w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Gdańsku. Jak podają autorzy książki Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni: „Doznał przestrzału klatki piersiowej połączonego z przestrzałem serca i płuca lewego. Śmierć, zdaniem biegłego, nastąpiła wskutek uszkodzenia serca i płuca. Obrażenia te powstały w wyniku działania broni palnej, przy czym strzał padł od przodu ku tyłowi godząc w lewą połowę klatki piersiowej, prawie poziomo”.
[6] Rozmowę przeprowadził 30 marca 2016 roku Dariusz Małszycki w ramach projektu „Dodaj historię” prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[7] R. Chrzanowski, Krew na ulicach [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020, s. 59.
[8] P. Brzeziński, Krajobraz po bitwie i przetasowania wewnątrz partii [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020, s. 236
Posłuchaj artykułu!
Pogrzeby ofiar Grudnia 1970 odbywały się w nocy, wbrew woli rodzin, w pośpiechu i atmosferze zastraszenia.
„Przystąpić do grzebania od dziś, skrycie na cmentarzach, pod płotami wyrównując ziemię” – takie polecenie od Zenona Kliszki, najbliższego współpracownika wciąż urzędującego I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki dostały 18 grudnia 1970 roku władze województwa gdańskiego.
Przystąpiły więc. Akcją kierował I zastępca komendanta MO ds. SB w Gdyni podpułkownik Stanisław Stawowski, jej przebieg kontrolowali funkcjonariusze SB.
Jak podają Piotr Brzeziński i Anna Nadarzyńska-Piszczewiat większość zabitych pochowano nocą z 19 na 20 grudnia 1970 roku na gdańskich cmentarzach Srebrzysko, Emaus i Oliwskim oraz gdyńskich na Witominie i Leszczynkach. Jedynie Stanisław Sieradzan miał tradycyjny pogrzeb poprzedzony nabożeństwem.

Rodzina Zygmunta Polito przy jego grobie na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni, fot. nieznany, lata osiemdziesiąte XX wieku (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/II/5640
Bez precedensu
Zygmunt Sieradzan, brat zastrzelonego Stanisława Sieradzana opowiadał: „Przyszli w nocy i powiedzieli, że mają smutną wiadomość. «Syn zginął, proszę się ubierać, jedziemy na pogrzeb» – mniej więcej tymi słowami to ujęli. Ojciec prawie się osunął, powiedział, że nigdzie nie jedziemy. Ostatecznie pojechaliśmy – ja i ojciec, bo mama została w domu. Wieźli nas nyską, nie wiedzieliśmy dokąd. Okazało się, że za Cmentarz Witomiński. W kostnicy stało sześć czy osiem jednakowych dębowych trumien. Pomyślałem, że chyba największa jest Staszka, bo był wysoki. Przyszedł jakiś facet, otworzył.
Zobaczyliśmy Staszka w szpitalnym stroju, takiej piżamie w kratę, na nodze miał przyczepioną kartkę z nazwiskiem. Kiedy ojciec zauważył zsiniałe kostki i nadgarstki – jakby ktoś go związywał, postawił się. Powiedział, że żadnego pogrzebu nie będzie, że przyjedziemy następnego dnia i zrobimy normalny, jak się należy, a nie o piątej nad ranem, w ciemnościach.
Oni nie wiedzieli, co robić. Stali w płaszczach, z rękami w kieszeniach, niektórzy chodzili gdzieś dzwonić. Nie wiem, ile to trwało – 15 minut czy pół godziny, ale oświadczyli, że dobrze i odwiozą nas do domu.
Mama już w drzwiach zapytała, czy to prawda, co mówili o śmierci. Powiedzieliśmy, że tak. Nie będę opisywał, jak zareagowała, to po prostu była tragedia. Dopiero sąsiadka z góry przyniosła jakiś proszek i trochę mamę uspokoiła.
Następnego dnia miała przyjechać rodzina z warszawskiego, bo przecież zbliżały się święta. Czekaliśmy na wiadomość o pogrzebie, w końcu przyszedł ksiądz z parafii, że wszystko jest ustalone, pogrzeb odbędzie się tego i tego dnia, wcześniej nabożeństwo w kościele, stamtąd pojedziemy autokarem na cmentarz”[1].
Kulisy organizacji pogrzebu odsłonili badacze Piotr Brzeziński i Piotr Wicenty. Powiadomiony przez urzędników o sytuacji proboszcz parafii pw. św. Antoniego ojciec Stanisław Antoni Frejlich dwukrotnie odwiedził rodzinę Sieradzanów. Atmosferę rozmów opisał w klasztornej kronice: „W domu rozpacz, krzyki nieludzkie, rwanie włosów”[2]. Uspokoił ich i przekonał do planu pogrzebu: 21 grudnia w godzinie milicyjnej, czyli późnym popołudniem, miało odbyć się nabożeństwo z udziałem 40 osób, a potem pochówek na Cmentarzu Witomińskim; dla uczestników uroczystości gwarantowano autokar. Podporucznik Andrzej Zieliński, z którym ojciec Frejlich rozmawiał potem, relacjonował, że ksiądz prosił go o zaufanie, że załatwi tę sprawę do końca. Miał zapewnić funkcjonariusza, że nie dopuści „do żadnej demonstracji lub w inny sposób zakłócenia porządku”.
Zieliński w notatkach nazywał księdza kontaktem operacyjnym, bo – jak się okazuje – od 1966 roku SB próbowała namówić Frejlicha do współpracy. „Jesienią 1970 roku […] duchowny – zgodnie z prośbą bezpieki – usunął napis z umieszczonej w kruchcie kościoła św. Antoniego pamiątkowej płyty poświęconej rozstrzelanemu w 1952 roku komandorowi Zbigniewowi Przybyszewskiemu, obrońcy Helu z 1939 roku. Sformułowanie „stracony niewinnie” (chodziło o fałszywy zarzut szpiegostwa w sprawie tzw. spisku komandorów) zostało zastąpione ogólnikowym «cześć jego pamięci» – piszą Piotr Brzeziński i Daniel Wicenty. Dodatkowo w pochodzącej z września 1970 roku notatce ppłk. Stanisława Stawowskiego […] czytamy, że o. Frejlich poprosił SB o pomoc w uzyskaniu zgody Urzędu ds. Wyznań na jego nominację na stanowisko administratora parafii św. Antoniego […] W listopadzie 1970 roku duchowny został ostatecznie proboszczem”[3].
W 1972 roku SB zarejestrowała duchownego jako tajnego współpracownika o pseudonimie „Stanisławski”. Autorzy artykułu podkreślają, że nie zachowały się świadectwa współpracy oraz że niezależnie od okoliczności, „ceremonia, która odbyła się w poniedziałek 21 grudnia, nie miała precedensu”.
Zygmunt Sieradzan: „Zebraliśmy się pod domem i zawieziono nas do kościoła, gdzie odbyła się msza. Staszek leżał w otwartej trumnie, ubrany w garnitur, który wcześniej dostarczyliśmy. Mogliśmy się więc z nim pożegnać. W kazaniu raczej nie było mowy o tym, że został zastrzelony, tylko, że zmarł. Potem pojechaliśmy na cmentarz. Pamiętam, że cała trasa – od wejścia do grobu – była obstawiona przez SB, co rusz stali tajniacy”.
Proszę jechać z nami, będzie pogrzeb
Dlaczego uroczystość pogrzebowa Stanisława Sieradzana nie miała precedensu wyjaśniają rodziny innych ofiar Grudnia. To drastyczne wspomnienia.
Rodzice Stanisława Lewandowskiego nigdy nie zobaczyli syna po jego śmierci. Grażyna Paśniewska, siostrzenica: „Przyjechałam na święta do Skępego, skąd wszyscy pochodzimy. Janek, starszy brat Staszka, który też pracował w Gdyni, wrócił do domu już 17 grudnia i opowiedział, co się stało w mieście. Ze Staszkiem nie było żadnego kontaktu, więc pojechaliśmy go szukać. Chodziliśmy od Annasza do Kajfasza, nikt nie wiedział. Ktoś z kolegów powiadomił, że został zastrzelony, ktoś inny, że ciało zostało oddane do Akademii Medycznej w Gdańsku. Pojechaliśmy tam, przynieśli nam zdjęcie do rozpoznania i żeśmy rozpoznali. Ciała już nie mieli. Wydali nam jego portfel, buty i jesionkę. W Urzędzie Wojewódzkim powiedzieli, że został pochowany na Srebrzysku. Jednak nikogo o takim nazwisku tam nie pochowano. Więc znów do urzędów.
W końcu ktoś nas pokierował na cmentarz Emaus. Ksiądz powiedział, że przyszli do niego w nocy, żeby pochował, ale odmówił, bo zmarłych chowa tylko w dzień. Pamiętał jednak, że na trumnie przybite było nazwisko Stanisław Lewandowski. Szliśmy tam, mijaliśmy groby z krzyżami bez nazwisk, wreszcie spytaliśmy grabarza. I on wskazał nam, który to grób. Moja mama z dziadziusiem, czyli ich – mamy i Staszka ojcem – wracali tam przez kilka nocy z łopatami i łomami, żeby wykopać. Bali się, że zawinęli go w coś i wrzucili do ziemi. Dokopali się do trumny. Przynajmniej tyle”.
Roman Drywa, syn zabitego Brunona, wtedy ośmioletni: „Kiedy kolega taty przyszedł powiedzieć, że ojciec miał wypadek w pracy, mama zaczęła go szukać. Klatkę dalej mieszkał taryfiarz, zgodził się zawieźć mamę do szpitala w Redłowie. Wujek Leon, brat taty, pracował w szkole, miał więc wielu znajomych, również wśród absolwentów. Ktoś z jego dawnych uczniów miał dyżur w szpitalu, skojarzył nazwisko i tak się mama dowiedziała.
Ja dowiedziałem się dopiero, jak w nocy przyszli esbecy, że mama ma się ubierać i jechać z nimi na pogrzeb męża. Wynajmowaliśmy pokój marynarzowi, panu Bolkowi i on, słysząc hałasy, wyszedł sprawdzić, co się dzieje. «Po nocach? Ludzie, co wy wyprawiacie?» – zaczął protestować, a oni krzyknęli, że ma nie dyskutować, mamie zagrozili, że jeśli nie pojedzie z nimi, to pochowają tatę sami. Wtedy pan Bolek się postawił, powiedział, że kobieta nie powinna o tej godzinie – na pewno było po północy – sama jechać, jeśli już, to niech weźmie syna. Zgodzili się, dali nam kilka minut na ubranie. Na dole już czekała nysa z kierowcą i wyruszyliśmy na cmentarz.Na wysokości kościoła św. Józefa na Grabówku doszło do małego incydentu. Zatrzymał nas patrol, otworzyli te suwane drzwi, a moja mama, która przez całą drogę płakała, zaczęła ich wyzywać od morderców, bandytów, różnych takich. Funkcjonariusz, który siedział z przodu wyjaśnił, że jedziemy na pogrzeb i puścili nas. Zanim dojechaliśmy na Witomino, mama powiedziała, że brakuje wujka Leona. Funkcjonariusz stwierdził, że nie ma mowy, ale urzędnik z Prezydium powiedział, że zna Leona Drywę, to w porządku człowiek. Podjechaliśmy na Wzgórze Nowotki [dziś Świętego Maksymiliana – przyp. AB], wujek protestował, że po nocy się nie chowa, ale ciocia Irena, jego żona uznała, że nie ma wyjścia: albo będziemy na pogrzebie albo nie będziemy, nie ma co dyskutować, jedziemy.
Pojechaliśmy pod kaplicę na cmentarzu na Witominie. Pamiętam, że pod ścianami stały poopierane dekle od trumien. Wnieśli trumnę z ojcem. Wyglądał jakby w szpitalu zdjęli go z łóżka i włożyli do trumny. Był boso, w pasiastej piżamie, spodnie miał z innego kompletu niż bluzę. Z ust wydobywała się zaschnięta strużka krwi, nikt jej nie zmył. Mama rozpłakała się, rzuciła w kierunku ojca, rozpięła mu piżamę, zaczęła naprawdę rozpaczać. Podszedłem do niej i powiedziałem: «Mamo, nie płacz».
Potem poszliśmy do miejsca pochówku – daleko od głównych dróg, między drzewami, przeniesienie tam trumny wymagało ekwilibrystyki. Ciocia Irena upewniła się, czy ksiądz jest prawdziwym księdzem, krótko się modliliśmy, a potem mama chciała podejść do trumny i omdlała, na szczęście podtrzymywał ją wujek Leon.
W następne dni matka nam słabła, ciągle ryczała, co chwilę trzeba było po lekarzy dzwonić”.
Wiesław Godlewski, brat Zbigniewa, którego ciało niesiono Świętojańską: „Przyjechali po nas do Elbląga i zawieźli do Oliwy – około godziny 23. nyska zatrzymała się pod samymi drzwiami katedry, ceremonia odbywała się w kaplicy obok. Park Oliwski i cmentarz był obstawiony żołnierzami i milicjantami. Przypominam sobie, że w pobliskich parterowych domach mieszkalnych wychodzące na kaplicę i cmentarz okna pozabijano płytami paździerzowymi. Czekaliśmy aż skończy się pożegnanie innego zastrzelonego człowieka. Po pół godzinie wyszła kobieta, obok niej trójka albo czwórka małych dzieci. Strasznie płakała.
Weszliśmy do tej kaplicy, na katafalku stała otwarta trumna, brat był ubrany w garnitur taty, który wcześniej od nas wzięli. Pochowaliśmy go w butach, które miał na sobie tamtego dnia – w których szedł tą kładką, w których niesiono go Świętojańską. To były brązowe zimowe traktory, tak zwane zuchy.
Zapytali, czy z księdzem czy bez. Oczywiście, mówią rodzice, że z księdzem. Ksiądz tak jak szybko się pokazał, tak szybko zniknął. Był bardzo wystraszony. Potem zobaczyliśmy go dopiero nad grobem. Dół wykopano wcześniej, trumna została wpuszczona, zakopana. Podjechała nyska i odwieźli nas do Elbląga”.
Dariusz Wójcik, syn poległego Mariana: „Znam tę historię głównie z opowiadań mamy, bo miałem wtedy niespełna trzy lata. Mama dowiedziała się najpierw, że ojciec został ranny – przyszedł do nas jego kolega powiedzieć o tym. Matka próbowała dostać się z Wejherowa do Gdyni, znaleźć go w szpitalu, ale okazało się to niemożliwe. Taksówkarze odmawiali, pociągi nie jeździły. Zmarł po 34 godzinach. Niedługo potem przyszedł ktoś z SB i mówi: «Proszę się przygotować, bo będzie pogrzeb».
Był późny wieczór, po 21. Ja zostałem z babcią, mama pojechała z krewnymi. Wzięła dla taty ubranie – całe szczęście, bo inaczej pochowaliby go nago, tak jak chcieli zrobić ze Zbigniewem Nastałym. Nastałowie mieszkali po sąsiedzku, ale mama poznała panią Nastałową właśnie wtedy, na Witominie. Mama zapamiętała, że było bardzo ciemno – widać było tyle, ile oświetlały reflektory nyski. Za nią, za wujkami, każdą z pięciu osób, stał jeden oficer czy jakiś tajniak. No i, że szło to bardzo szybko. Cyk, cyk, cyk i już następne, bo dużo czekało w kolejce”.
Jerzy Skonieczka w chwili śmierci miał 15 lat. Prawdopodobnie został postrzelony w okolicach swojej szkoły. Jego siostra Małgorzata Bojke opowiadała: „Było szaro, kiedy po nas przyjechali. Powiedzieli, że mamy się ubierać i jedziemy na pogrzeb. Mama protestowała, że przecież musi księdza załatwić, kupić garnitur, ale pojechałyśmy. Oparła się o trumnę, krzyczała, że nie pozwoli na pogrzeb, dopóki nie zobaczy syna. Otworzyli trumnę. Leżał nagi, przykryty prześcieradłem. Na głowie widać było ślad po postrzale – w tym miejscu miał wygolone włosy. To był straszny widok. Mama krzyczała, że go nie pochowa, póki nie będzie ubrany i nie przyjdzie ksiądz. Oni straszyli, że ma się uspokoić, bo pochowają bez nas i nie będziemy wiedziały, gdzie leży syn i brat. Uspokoiła się i przyszedł ksiądz. Podobno od Franciszkanów, z tego klasztoru. Wezwali go do pogrzebu stoczniowca. Był zdziwiony, że chowa dziecko”.
Ku nadziei
Dziś – jak podają Piotr Brzeziński i Piotr Wicenty – na gdyńskich cmentarzach spoczywa dziewięciu spośród 18 zamordowanych. Na Cmentarzu Witomińskim leżą: Brunon Drywa, Apolinary Formela, Jan Kałużny, Zygmunt Polito, Stanisław Sieradzan, Jerzy Skonieczka i Zbigniew Wycichowski. Na cmentarzu w Leszczynkach: Zygmunt Gliniecki i Janusz Żebrowski.
Na początku 1971 roku władze zgodziły się na ekshumację zwłok ofiar pochodzących z innych miast i zorganizowanie pochówków w rodzinnych stronach.
Na cmentarz w Wejherowie przewieziono ciała Mariana Wójcika i Zbigniewa Nastałego. W marcu rodzice Zbigniewa Godlewskiego dostali wiadomość, że – jeśli chcą – mogą pochować syna w Elblągu. Ojciec pojechał do Gdańska załatwić formalności i trumnę – w zaspawanym metalowym pudle – przewieziono do kaplicy na elbląskim cmentarzu. „Przyszło dużo ludzi – ze szkoły, do której obaj chodziliśmy, znajomi rodziców, sąsiedzi. Muszę powiedzieć, że ani milicji, ani wojska nie było nigdzie widać. Gdzieś na obrzeżach na pewno stali” – zapamiętał Wiesław Godlewski.
Grażyna Paśniewska, siostrzenica Stanisława Lewandowskiego: „Przewieźliśmy z Gdańska trumnę schowaną w większej metalowej. Pogrzeb w Skępem odbył się lutym – opowiada. – Mama Staszka zawsze powtarzała: «Ja opiekuję się grobem zabitego, może Stasiem też się ktoś zaopiekuje»”.
Czesława Lewandowska uparła się, żeby na nagrobku napisać, że syn został zastrzelony w Gdyni w Grudniu 1970. Władze nie chciały się zgodzić, próbowały nawet przekupstwa – oferowano rodzinie mieszkanie komunalne w zamian za rezygnację z prawdy. Nic nie wskórały.
Paulina Skonieczka wystawiła synowi pomnik, na którym kazała wyryć, że Jerzy zginął w wypadkach grudniowych. Grożono jej, że pomnik z takim napisem zostanie zniszczony. „Mówiła, że się nie boi. Jeśli rozbiją, to postawi następny – wspomina Grażyna Paśnicka. – Dali spokój”.
Dariusz Wójcik zapamiętał, że mama zamówiła pomnik z napisem, że ojciec został zamordowany w Gdyni. Ilekroć przychodziła na cmentarz, zastawała grób obrzucony kamieniami. Poddała się, zmieniła napis. Zmarła w 1993 roku. Nie doczekała odnawiania nagrobków zainicjowanego w drugiej połowie lat 90. przez Społeczny Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni. Kiedy okazało się, że po wystawieniu Pomnika w alei Piłsudskiego, na koncie Komitetu są jeszcze pieniądze, przewodniczący Adam Gotner postanowił wesprzeć rodziny zabitych. Gotner, który w Grudniu cudem uniknął śmierci – strzelano do niego sześć razy, odzyskał przytomność leżąc wśród zwłok – od początku był zaangażowany w prace Komitetu, w 1990 roku został jego przewodniczącym. Dzięki jego pomysłowi nagrobki zostały odświeżone lub wymienione, opatrzone znakiem graficznym Grudnia 1970 i – jeśli rodzina nie zdecydowała inaczej – zdaniem: „Zabitym w pochodzie ku nadziei na wolność Polaków w Ojczyźnie”.
Jacht
Marceli Sieradzan, ojciec Stanisława, zamówił pomnik w kształcie jachtu. Na żaglach umieszczono napisy: „Zginął od kuli w wypadkach grudniowych 17.12.1970” na grocie i „sternik jachtowy 30 GDH” na foku. „Ojciec chciał napisać, że Staszek został zamordowany czy zastrzelony, ale to nie przeszło. Grozili, że zniszczą i po jakichś perturbacjach przeszła ta treść, która jest do tej pory” – opowiadał Zygmunt Sieradzan.
W latach 90., dzięki Społecznemu Komitetowi Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970, nagrobek i pomnik wymieniono na nowy, ale identyczny.
W grobie po sąsiedzku pochowano rodziców: Marcelego (zmarł w 1987 roku) i Wiktorię (1993), tu – od marca 2024 – spoczywa też Zygmunt Sieradzan.
Aleksandra Boćkowska
[1] Jeśli nie zaznaczono inaczej, wypowiedzi świadków i uczestników Grudnia pochodzą z rozmów przeprowadzonych przez Annę Kisicką lub Marka Wąsa w latach 2021-2023 w ramach projektu Grudzień ’70. Nieobecność, prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[2] P. Brzeziński, P. Wicenty, Serce, co nagle przestało bić. Wspomnienie Staszka Sieradzan, https://www.polska1918-89.pl/pdf/serce,-co-nagle-zgaslo.-wspomnienie-staszka-sieradzana,2119.pdf, dostęp: 30.09.2025
[3] P. Brzeziński, P. Wicenty, Serce, co nagle przestało bić. Wspomnienie Staszka Sieradzan, https://www.polska1918-89.pl/pdf/serce,-co-nagle-zgaslo.-wspomnienie-staszka-sieradzana,2119.pdf, dostęp: 30.09.2025
Posłuchaj artykułu!
Po masakrze Grudnia panowała groza. Władza robiła wiele, by zatrzeć pamięć o tym, co się stało. Bliscy ofiar, na przykład nauczyciele zabitego Stanisława Sieradzana robili wszystko, by pamięć przetrwała.
17 grudnia 1980 roku odsłonięto w Gdyni pierwszy Pomnik Ofiar Grudnia 1970. Przy tej okazji w Morskim Domu Kultury odbyła się konferencja prasowa z udziałem rodzin zabitych. O tym, jak skutecznie władzom udawało się nie dopuścić wiedzy o Grudniu do świadomości publicznej, świadczą pytania dziennikarzy:
„Słyszałam, że na rodzinach poległych wymuszano zgodę na zmianę aktu zgonu. Czy jest jakaś rodzina, która mogłaby to potwierdzić?”
„Czy prawdą jest, że ofiary Grudnia 1970 były chowane w nocy na cmentarzach i czy robiono to cichaczem, starając się uniknąć rozgłosu?”
„Czy komuś z państwa wiadomo coś o tym młodym mężczyźnie, który był niesiony na drzwiach w jednym z tych pochodów, jakie odbywały się od przystanku Gdynia-Stocznia w kierunku Urzędu Miejskiego?”
„Czy władze albo ktokolwiek inny udzieliły pomocy rzeczowej, materialnej lub duchowej rodzinom poległych?”
„Czy jest ktoś, kto mógłby wyjaśnić sprawę chowania Grudnia w Lasach Piaśnickich?”[1]

Ulotka-cegiełka o wartości 50 zł na budowę pomników Ofiar Grudnia 1970 roku w Gdyni, aut. Społeczny Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni, lata osiemdziesiąte XX wieku (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/II/5377)
1.
Po 10 latach od grudniowej masakry udało się – korzystając z politycznej odwilży – postawić i uroczyście odsłonić pomniki ofiar w Gdyni i w Gdańsku. Sierpniowe strajki zakończone zostały podpisaniem porozumień między władzą a konstytuującą się opozycją, co dało nadzieję na lepsze. Zalegalizowano Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, zelżała cenzura. Przy Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim NSZZ „S” powstała sekcja historyczna – dla niej dziennikarka Wiesława Kwiatkowska zaczęła zbierać relacje uczestników i świadków gdyńskiego Grudnia. 19 września 1980 roku po raz pierwszy zebrał się Społeczny Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 roku w Gdyni. Atmosferę, w jakiej pracował, przywołała w książce Uwięziona kolęda scenografka Alina Afanasjew, współautorka (razem z mężem Jerzym Afanasjewem) scenariusza widowiska, które towarzyszyło wmurowaniu kamienia węgielnego pod pomnik przy Urzędzie Miasta:
„Czas cofnął się. Pamiętam ciemne niebo nad Gdynią. Detonacje. Domysły. Wspomnienie czasu – tego czasu, który przepływał, płynął – gdy jechały do Gdyni wojskowe lazarety. […] W grudniu – w ciemności, dymach, w dalekich wybuchach, detonacjach – w strasznej tajemnicy śmierci wielu ludzi, w nieludzkich opowieściach o pogrzebach, o zmarłych, o TAJEMNICY – była groza. W milczeniu. W martwej ciszy, która otaczała nasze życie i naszą śmierć. Słyszałam tę ciszę. […]
Nocą przybiegała sąsiadka i mówiła, że przy molo bez świateł stoi „Batory” i ludzie skaczą nad ciemną topielą, matki z dziećmi, starzy, wprost do łodzi, która cumuje do mola i odwozi na ląd. Opowieści koleżanek o apokaliptycznych scenach w Gdyni. Zmarli przykryci kocami, gazetami. Opowieści o porannym pukaniu do drzwi i wzywaniu na pogrzeb zabitego syna. Brata. Ojca. Opowieść muzyka Jana Reynowicza, który widział pochód niosący na drzwiach zabitego człowieka. Wszystko opowiadane cicho. Szeptem. Wszystko w tajemnicy. W ciszy otwierane drzwi do domu. Milcząc wychodziliśmy na dwór. W milczeniu szliśmy do pracy. Patrzyliśmy po sobie – ludzie, którzy wiedzieli. Ale milczeliśmy. W tramwajach, przy milczącej konduktorce stali mężczyźni z ciemnymi twarzami i zaglądali nam w oczy. My opuszczaliśmy wzrok. W milczeniu kupowaliśmy bilet. Oni patrzyli. Nam drżały ręce. Konduktorce drżały ręce. Oni patrzyli zimno, bezczelnie. Czego szukali w naszych twarzach? Chcieli nam wydrzeć nasze myśli. Zetrzeć z naszej świadomości – to co my – wiedzieliśmy o nich? Groza. Żyliśmy w grozie.
Teraz w Komitecie to się przybliżyło. Nie mówimy wiele o tym. Działamy w imię życia”[2].
Pomnik projektu Stanisława Gierady – cyfry składające się na datę 1970, z siódemką w kształcie sylwetki upadającego człowieka, wspierające się na poziomo ułożonym krzyżu – gdyńscy stoczniowcy wykonali w 22 dni. Stanął tuż przy wejściu do Stoczni. Na uroczystość odsłonięcia przybyło 10 tysięcy ludzi, a potem pierwszy raz mieli okazję porozmawiać głośno o tym, co wydarzyło się dekadę wcześniej.
Dariusz Wójcik miał niecałe trzy lata, gdy jego ojciec Marian, zatrudniony w Stoczni im. Komuny Paryskiej jako malarz okrętowy, został – w drodze do pracy – postrzelony i następnego dnia o świcie zmarł. Razem z mamą i sąsiadami – rodziną Nastałych (17-letni Zbigniew Nastały też zginął 17 grudnia 1970 roku) przyjechał na odsłonięcie pomnika z Wejherowa. „Przez tyle lat nie było obchodów, nikt o tym nie mówił, nikt nie wiedział, panowała cisza. A tu nagle pomnik – opowiadał. – Pamiętam spotkanie, na którym wspominaliśmy bliskich, każdy coś opowiadał i wszyscy płakali”[3].
2.
Od pierwszych godzin po Czarnym Czwartku władza robiła wszystko, by zatrzeć pamięć o masakrze. Grażyna Paśniewska wspomina swoją mamę – siostrę zabitego Stanisława Lewandowskiego: „To była waleczna kobieta. Do przetwórni, w której pracowała przemycała piosenki o grudniowych morderstwach i śpiewała je na zakładzie. Tam pracowały żony milicjantów i one donosiły. Wzywano ją na komendę milicji, że ma się uspokoić. Ona mówiła: «Możecie mnie wsadzić, a ja się nie uspokoję. To był mój najmłodszy brat i jak długo będę chciała śpiewać, tak długo będę to robić». Wzywał ją dyrektor zakładu i prosił, żeby dała spokój, bo jego wciąż nachodzą, żeby mamusię przyciszyć”.
Gdy zbliżała się pierwsza rocznica funkcjonariusze SB szczególnym nadzorem otoczyli cmentarze, kościoły, uczestników demonstracji i bliskich ofiar. Piotr Brzeziński i Anna Nadarzyńska-Piszczewiat w tekście W walce o prawdę przywołują przykłady. Przed 1 listopada 1971 roku, żeby zapobiec „wytworzeniu atmosfery niepokoju i zamętu w czasie składania wieńców na cmentarzach” zwarte szeregi gdyńskich SB i milicji wzmocniono o funkcjonariuszy z Koszalina, Gdańska i Warszawy. Przeczesywali okolice cmentarzy i stacji SKM Gdynia Stocznia w poszukiwaniu ulotek, zniczy i wieńców. Mieli za zadanie „ustalanie i dokumentowanie osób składających wieńce” oraz „zachowujących się przy tych grobach prowokująco, wznoszących okrzyk oraz osób, które swoim zachowaniem mogą prowokować do zbierania się tłumu”.
Przestrzegali księży. Ci, jak zapewniał koordynujący akcję I zastępca komendanta wojewódzkiego MO ds. SB w Gdańsku, pułkownik Władysław Pożoga, obiecali, że dołożą starań, by nie doszło do zakłócenia porządku. Co więcej: „zarządcy cmentarzy gdyńskich, na których pochowane są ofiary zajść grudniowych poinformowali, że uprzedzili fundatorów pomników i rodziny poległych, że nie poświęcą nagrobków, o ile treść napisów nie zostanie z nimi wcześniej uzgodniona”[4].
Zastraszali ludzi. Podsłuchiwali rozmowy, konfiskowali zdjęcia, kontrolowali listy. Przechwycili na przykład list Wiktorii Sieradzan, matki zabitego Stanisława. 14 grudnia 1971 roku pisała do krewnej: „[…] Mój Boże rok w piątek mija, jak nasz Stasio leży w grobie, co ja przeżywam, żyć mi się nie chce, Marcel z rozpaczy się upija, a ja ryczę całe dnie, nie mogę miejsca znaleźć. Lecę na cmentarz, tam cisza, zimny kamień, nic to mi nie daje, wracam zbolała i nie mogę się niczym pocieszyć, po całych nocach nie śpię, tylko stale przed oczami mam Stasia, mojego kochanego pomocnika. Nie ma dzisiaj mamie kto pomóc, on stale pytał, co mamie zrobić, dziś głucho w mieszkaniu, nie mogę pogodzić się z tą myślą, że on już do nas nie wróci nigdy, ta myśl doprowadza mnie do rozpaczy. […] Idę jutro ubrać mu grób kwiatami, zapalić światło, […] wypłakać, to mi trochę ulży. Święta robię bardzo skromne, […] choinkę Stasiowi zrobię i tam w obydwa Święta pójdziemy do niego. Boże mój, co ja cierpię. […] W piątek 17-go wieczorem w naszym kościele odprawi się nabożeństwo za Stasia i wszystkich pomordowanych w bestialski sposób […]”[5].
3.
Rok wcześniej w piątek Wiktoria Sieradzan przyszła do chłodniczaka, bo myślała, że może syn został na noc w szkole, zdarzało mu się zasiedzieć w ciemni fotograficznej w internacie. „Rodzina dopiero w sobotę dowiedziała się, że Staszek nie żyje – opowiadał Edmund Gruchała, nauczyciel i opiekun 30. Wodnej Drużyny Harcerskiej, do której należał Sieradzan. – W szkole wszyscy go żałowali, był bardzo lubiany, podziwiany. W drużynie pełnił funkcję przybocznego, nie opuszczał żadnego spływu czy rejsu. To był odważny chłopak”.
Nauczyciel zapamiętał, że niektórzy mieli do niego pretensje, bo uważali, że prowadząc drużynę nastawiał młodzież przeciw systemowi. „Ale to nieprawda. Zresztą Staszek zginął przypadkowo. Oficjalna wersja mówi, że został postrzelony i konający przewieziony do szpitala. Ale oglądałem jego ubranie. Tam było za mało krwi jak na postrzał. Moim zdaniem zakatrupiono go w podziemiach Urzędu Miasta”.
Choć wszyscy wiedzieli, że Sieradzan zginął 17 grudnia, w szkole – jak wszędzie – panowało milczenie. Nie odbył się apel, żadna wewnętrzna uroczystość, jedynie grupa nauczycieli i uczniów uczestniczyła w pogrzebie.
Edmund Gruchała: „Wystąpiłem o przepustki dla czworga – razem ze mną – nauczycieli i kilkunastu uczniów. Dyrektor szkoły, choć miał obawy wobec gestów pamięci, nie robił żadnych problemów. Uczniowie zebrali jakieś pieniądze na wieniec. Poszedłem z nimi do kwiaciarni zamówić, mówimy, że mamy taką kwotę i więcej się nie da zebrać. Kiedy kwiaciarka dowiedziała się, że chodzi o wypadek grudniowy, nie przyjęła pieniędzy. Zrobiła piękny wieniec. Zależało nam na patriotycznym wydźwięku, więc składał się z biało-czerwonych goździków. Ozdobiliśmy szarfami. Napisy brzmiały neutralnie, nie mogliśmy pozwolić sobie na wzmiankę, że został zamordowany. «Zginął w wypadku» – to było najwięcej, ile dało się powiedzieć. Z cmentarza odwieziono nas nyskami, żebyśmy nie kręcili się po mieście”.
Stanisław Sieradzan w 1971 roku miał zdawać maturę. Zwyczajowo na przełomie stycznia i lutego dla klas maturalnych organizowane są w szkołach studniówki. Uczniowie z klasy Sieradzana odmówili udziału w studniówce. Nauczyciele zadbali, by jego zdjęcie – w czarnej ramce – znalazło się na tableau z fotografiami innych maturzystów.
Podobno – zapamiętał to Edmund Gruchała – już wtedy mówiło się o tablicy pamiątkowej, ale nie było szans. Od 1980 roku odbywały się w szkole rocznicowe apele, co pięć lat zamawiano mszę w kościele pod wezwaniem Świętej Rodziny na Grabówku. Aż w 1998 roku dyrektorem Zespołu Szkół Chłodniczych i Elektronicznych został Marian Deręgowski. Opowiadał:
„W 2000 roku przypadała 50. rocznica utworzenia szkoły. Absolwenci, osoby związane ze szkołą, chciały,aby urządzić huczny jubileusz. Przy tej okazji postanowiliśmy wydać monografię szkoły. Podzieliliśmy pracę między trzech: Witold Jastrzębski [dyrektor Technikum Chłodniczego w latach 1958-1973 – przyp. AB] zajął się najstarszą historią, Edmund Gruchała – pozaszkolną działalnością placówki, a ja – czasami już najnowszymi. Oczywiście dużo miejsca poświęciliśmy sylwetce Staszka Sieradzana i wspólnie myśleliśmy, że trzeba utrwalić pamięć o nim w szkole. Dotąd nie było żadnego śladu, nowi uczniowie prawie nic o Staszku nie wiedzieli. A ja postawiłem sobie za cel, powiedziałem to nawet na jakiejś Radzie Pedagogicznej, że każdy absolwent chłodniczaka musi wiedzieć, kim był Staszek Sieradzan, że po prostu nie może się zdarzyć, że ktoś nie wie.
No i powstał pomysł tablicy pamiątkowej. Zastanawialiśmy się, gdzie ją powiesić – na zewnątrz, czy w środku. Wybraliśmy hol główny, przy auli, bo to miejsce, którego nie sposób przeoczyć. Z kierowniczką administracyjną pojechaliśmy na Witomińską i zamówiliśmy u kamieniarza tablicę, opatrzoną oczywiście symbolem Grudnia. Odsłoniliśmy ją w 2005 roku, w 35. rocznicę Czarnego Czwartku. W uroczystości uczestniczył Zygmunt Sieradzan, brat Staszka.
Co roku pod tą tablicą odbywa się rocznicowy apel. Poza tym w okolicach Wszystkich Świętych urządzamy apel dla klas pierwszych, żeby opowiedzieć tę historię nowym uczniom. Jesteśmy – jako szkoła – strażnikami pamięci o Staszku. Uczniowie i nauczyciele odchodzą, ale jako instytucja musimy o tę pamięć dbać”.
Zygmunt Sieradzan: „Mama nigdy nie doszła do siebie. Nie pogodziła się z jego śmiercią, ale też z tym, że nie dowiedzieliśmy się, gdzie, jak i dlaczego zginął. Gdyby zostały wyjaśnione okoliczności, byłoby chociaż trochę lżej. Dobrze, że została pamięć po Staszku, że w technikum, do którego chodził, są ludzie, którzy co rok upamiętniają jego śmierć”.

Krzyż – pomnik Ofiar Grudnia 1970 przy alei marszałka Józefa Piłsudskiego, fot. Jan Netzel, 1998-2000 (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/II/2832)
4.
Głosy świadków i uczestników grudniowej masakry, na krótko uwolnione w 1980 roku, już nigdy nie dały się zdusić. W stanie wojennym władza zrobiła dużo, by na powrót zapadło milczenie. Wiesława Kwiatkowska, która zbierała relacje o Grudniu, została za to skazana przez Sąd Marynarki Wojennej na pięć lat pozbawienia wolności [Sąd Najwyższy złagodził wyrok do 1,5 roku, a w lipcu 1983 roku Kwiatkowską zwolniono na mocy amnestii – przyp. AB]. Zawieszono działalność Społecznego Komitetu Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 roku w Gdyni, a potem zdecydowano o jego likwidacji. Znowu wiało grozą.
Zbyt wiele jednak w sprawie upamiętnienia Grudnia 1970 wydarzyło się w karnawale Solidarności, by można było to cofnąć. Wiesława Kwiatkowska po wyjściu z więzienia dalej zbierała relacje i choć część wcześniejszych skonfiskowała SB, w 1986 roku ukazała się w podziemiu książka Grudzień ’70 w Gdyni. Pod koniec lat osiemdziesiątych powstało Koło Rodzin Ofiar Grudnia, w 1993 roku przekształcone w Stowarzyszenie, które – jak mówił współzałożyciel i prezes Marian Drabik: „miało wspomagać osoby w ciężkim stanie materialnym, a także integrować poszkodowanych z Grudnia ‘70 roku, aby pamięć nie zaginęła”.[6]
17 grudnia 1970 roku Marian Drabik szedł do pracy w Stoczni. Gdy usłyszał komunikaty, że pracy dziś nie będzie, nie mógł się cofnąć nawet, gdyby chciał. Gęsty tłum na pomoście napierał raz w jedną, raz w drugą stronę, nie było jak się wydostać. Relacjonował: „Kiedy zorientowałem się, że przede mną padają ludzie zabici, nie zdążyłem się wycofać i otrzymałem wtedy rykoszetem w lewą rękę, w przedramię. Myślałem, że rękę urwało, taki był to ból. Padłem na kolana i wtedy otrzymałem drugi rykoszet, w głowę”. Gdy po operacji opuszczał szpital dostał wypis, w którym nie znalazło się ani słowo o strzale w głowę. „Jako Stowarzyszenie Rodzin Ofiar Grudnia domagaliśmy się w szpitalu dokładnej listy rannych i dopiero w latach dziewięćdziesiątych znalazły się dokumenty poświadczające, że miałem ranę postrzałową głowy. Czego to dowodzi? Że w 1970 roku próbowano zataić pewne sprawy wypadków grudniowych. No bo jak to inaczej rozumieć?”.
Aleksandra Boćkowska
[1] A. Drzycimski, On miał piętnaście lat, „Samorządność” nr 3, 14 grudnia 1981.
[2] A. Afanasjew, Uwięziona kolęda, Gdańsk 1991, s. 20-21.
[3] Jeśli nie zaznaczono inaczej, wypowiedzi świadków i uczestników Grudnia pochodzą z rozmów przeprowadzonych przez Annę Kisicką lub Marka Wąsa w latach 2021-2023 w ramach projektu Grudzień ’70. Nieobecność, prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[4] P. Brzeziński i A. Nadarzyńska-Piszczewiat, W walce o prawdę, [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020, s. 257.
[5] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020, s. 315-316.
[6] Wypowiedź pochodzi z rozmowy przeprowadzonej przez Dariusza Małszyckiego w 2016 roku w ramach projektu „Dodaj historię”, prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
Posłuchaj artykułu!
Gniew to chyba najsilniejsza emocja, jaka wyłania się z relacji po masakrze Grudnia.
W nocy z dziewiątego na dziesiątego grudnia 1993 roku trasą od Skweru Kościuszki do Urzędu Miasta przejechała Świętojańską ogromna przyczepa firmy Scheuerle. Przewiozła 25-metrowy stalowy krzyż – Pomnik Ofiar Grudnia, który stanął w alei Piłsudskiego. „Miałem wtedy 18 lat i już pracowałem w stoczni, więc oczywiste było, że 17 grudnia znalazłem się wśród demonstrantów bezwzględnie atakowanych przez wojsko i milicję. To dzisiejsze zadanie jest dla mnie jakby rekompensatą za tamten gniew, strach i upokorzenie”[1] – mówił Teodor Bogusz, operator przyczepy.
Gniew to chyba najsilniejsza emocja, która wyłania się z relacji o pierwszych miesiącach po masakrze Grudnia. Był to gniew stłumiony – gdy wybuchał, brzmiał szczególnie donośnie.

Odpis karty informacyjnej leczenia szpitalnego Mariana Drabika – rannego w grudniu 1970 roku w Gdyni, aut. Szpital Miejski w Gdyni, 11.02.1997 (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/II/4905)
18–31 grudnia 1970
Lektura gazet z 18 grudnia 1970 roku wywołuje wstyd. Na pierwszej stronie „Dziennika Bałtyckiego” – obok tekstu przemówienia premiera Józefa Cyrankiewicza i przedrukowanego z „Trybuny Ludu” apelu o rozwagę, opublikowano anonimowy komentarz na temat tego, co zdarzyło się w ostatnich dniach. „Ze względu na bezpieczeństwo kluczowych obiektów gospodarczych i administracyjnych, a przede wszystkim Stoczni im. Komuny Paryskiej, obsadzono je siłami Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej. Uczyniono to, gdyż zakłócenia, które wystąpiły we środę, jak również liczne groźby, przekazywane zresztą otwarcie pod adresem władz, zapowiadały niszczenie majątku narodowego, dewastację i podpalanie” – pisał anonimowy autor, by kilka akapitów dalej wyjaśnić: „Zapowiadane (…) groźby zniszczeń przerodziły się w atak kilkutysięcznego tłumu przeciwko oddziałom wojska i milicji, strzegącym zakładów pracy i ważnych obiektów miejskich. Prowokatorzy użyli broni. Do żołnierzy i milicjantów z tłumu padły strzały”[2].
Henryk Mierzejewski, pracownik Stoczni, uczestnik demonstracji z 15 grudnia: „Gdynia wtedy była młodym, wesołym miastem, a w piątek – umarłe miasto. Ogólne odczucie było takie, że w czwartek zemścili się za Gdańsk. Nie wiem, dlaczego. W Gdyni nie wybito żadnej szyby. Myśmy chcieli tylko cofnięcia podwyżek, a nas jako gdynian po prostu zamordowano”[3].
Janina Żabkiewicz, wtedy 23-letnia fryzjerka, 17 grudnia pobita przez zomowców: „Schroniłam się u rodziców przy ul. Władysława IV i dopiero około czwartej nad ranem poszłam w stronę domu. Nie pamiętam, jak doszłam na Abrahama, ciągle byłam bardzo zdenerwowana. Rano obudziłam się cała obolała. Miałam spuchnięte kolana, bo tam bił zomowiec, bolały mnie plecy, wszystko. Przez podwórze przeszłam do Szpitala Miejskiego. Zależało mi na zwolnieniu lekarskim, bo za nieusprawiedliwioną nieobecność mogli wyrzucić z pracy. Po korytarzach przemykali panowie w ciemnych płaszczach, pielęgniarka poprosiła mnie do izby przyjęć i pyta, co się stało, jak się przewróciłam. Mówię, że byłam przy Miejskiej Radzie, na to siedzący obok lekarz pokazał, żebym nie mówiła nic więcej. Opatrzył mnie, powiedział, że nic groźnego się nie dzieje i żebym nie przyznawała się, że byłam przy Radzie Miejskiej. – Szybciutko niech pani idzie do domu i przesiedzi tam jak długo się da. Tutaj stoją autokary i lekko rannych zabierają – tak mi powiedział. No więc nie pytałam już o zwolnienie czy coś, po prostu nie poszłam do pracy, chyba dopiero od Nowego Roku wróciłam”.[4]
Hilary Jastak, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa: „Codziennie odprawiałem mszę świętą za zabitych, rannych i uwięzionych. W kościele mówiłem o wszystkim jawnie. Zbrodnie i cierpienia nazywałem po imieniu. [Niedzielna msza święta – 20 grudnia za poległych na ulicach Gdyni] – to było jak oczyszczenie. Odprawiałem tę mszę świętą wierząc, że na ołtarzu ofiarnym złożono daninę ludzkiego życia[5].
Jerzy Miotke, 19-letni pracownik Stoczni im. Komuny Paryskiej, uczeń technikum: „Największe zasługi dla rodzin i dla poszkodowanych w pierwszych tygodniach miał Kościół, szczególnie Hilary Jastak. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa budowali gdyńscy rzemieślnicy, Hilary miał z nimi dobre relacje. Jak straciliśmy robotę w stoczni, to on nas z nimi kojarzył”.
Wiesław Godlewski, brat poległego Zbigniewa Godlewskiego utrwalonego w zbiorowej pamięci jako „Janek Wiśniewski”: „Mama strasznie to przeżywała. Tata jako wojskowy był bardziej uodporniony, ale mama wyłączyła się, nie było z nią kontaktu. W niedzielę wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Dwóch facetów ubranych w czarne skóry i kapelusze, mówią: «Przyjechaliśmy zabrać państwa na pogrzeb syna». Weszli do przedpokoju, a mama się odblokowała. Nie będę mówił jak im dała do wiwatu, ale strasznie ich zbluźniła, trwało to z piętnaście minut. Oni stanęli pod ścianą, żaden się nie odezwał, wysłuchali wszystkiego”.
Jerzy Kowalczyk, pracownik Dalmoru, członek Komitetu Strajkowego, 15 grudnia aresztowany i pobity: „Zanim zawieźli nas do aresztu w Wejherowie, wszystkich brutalnie pobili. Tłukli pałami, skakali po nas, kopali gdzie popadnie. Na ścianach, na podłodze było pełno krwi. Ja zostałem na końcu, złapałem stolik, który stał pod oknem i zacząłem kręcić wkoło, żeby nie mogli do mnie podejść, dwóch czy trzech trąciłem tym stolikiem. Jak mnie dorwali, stłukli tak jak kolegów. Po pewnym czasie przestali, podnieśli mnie za ręce i skuli z Włodkiem Ilnickim, który cały zakrwawiony stał przy ścianie. Próbowałem oporu – usiadłem na podeście, nogami objąłem barierkę i chwyciłem się niej lewą ręką. Włodka nadal ciągnęli, mnie walili po plecach. Wreszcie podszedł oficer i wojskowym buciorem kopnął mnie w krocze. Z bólu nie wytrzymałem i puściłem barierkę. Wtedy zdarzył się cud: rozpięły się kajdanki – Włodek z milicjantami polecieli na dół, ja ciągle nogami trzymałem się barierki. Ci, którzy tłukli mnie wcześniej, podnieśli pod ręce i zrzucili na żelazne schody. Straciłem przytomność. Odzyskałem w nysce, gdy otwierała się brama więzienia. Byłem strasznie zmaltretowany, ale pomoc dostałem dopiero po dwóch dniach. Poprosiłem Włodka, żeby zdjął mi koszulę. Była przyklejona do pleców, pod spodem zaschła krew. Koledzy zrobili raban, przyszedł strażnik, zobaczył moje plecy i wezwał lekarza. Ten w gabinecie obadał mnie, zdezynfekował rany, dał tabletkę i odprowadzili mnie na celę.
Podczas przesłuchań esbecy chcieli wymusić podpisanie zobowiązania do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Za drugim razem funkcjonariusz obrażał moich rodziców, powiedział:
«Dziwię się pańskiej matce, że takiego skurwysyna dziewięć miesięcy nosiła pod sercem. Powinni ją na Majdanku przez komin puścić z dymem». O ojcu przebolałem, ale jak wjechał na moją matkę, to złapałem taboret i uderzyłem go. Zaczął wrzeszczeć, weszli inni esbecy i znów stłukli mnie do nieprzytomności.
Wypuścili nas w nocy z 23 na 24 grudnia. Była godzina milicyjna, więc zawieźli do domów. Okazało się, moja rodzina – żona z półrocznym synem, ale też moja mama, jest u teściowej przy Batorego. One nie wiedziały, co się ze mną dzieje, odkąd 15 grudnia nie wróciłem do domu. Teściowa otworzyła drzwi, esbek powiedział: «Przywieźliśmy pana Jerzego Kowalczyka». Usłyszałem moją mamę: «Wy skurwysyny, esesmani!». Jak mnie zobaczyła, zaczęła mu ubliżać, wyzywać, pewnie rzuciłaby się na niego, gdyby nie teściowa. Sąsiedzi pootwierali drzwi i dołączyli do wyzwisk. Wepchnął mnie więc do środka i mówi: «Proszę podpisać, że przywieźliśmy syna całego i zdrowego». Mama znów: «Ty skurwysynu, jaki on jest zdrowy i cały? Co wyście z niego zrobili?». Podpisała, bo inaczej wzięliby mnie z powrotem do więzienia.
W drugi dzień świąt zaproponowałem żonie: «Basiu, chodź, pójdziemy na spacer. Chciałbym pojechać na ten wiadukt, gdzie zginęli moi koledzy». Zapakowaliśmy dziecko do wózka i pojechaliśmy. Wnosimy wózek po drewnianych schodach i nagle patrzę, a na jednym ze stopni, w rancie, błyszczy się coś żółtego. To był nabój z broni, którą do nas strzelali.
Zeszliśmy na Marchlewskiego, wszędzie na trasie do Stoczni i do Portu stały milicyjne nyski. Na wiadukcie leżały wiązanki kwiatów. Nigdy nie widziałem tak czystej nawierzchni. Umyli kostkę, żeby nie było widać krwi.
Roman Drywa, syn zastrzelonego Brunona Drywy: „Nie pamiętam, jak minęły święta, pewnie jakaś namiastka była. Na pewno zostaliśmy w domu, bo chodziła plotka, że będą wywozić rodziny grudniowców”.
Bogdan Borusewicz: „Atmosfera grozy weszła do naszych domów. I pamiętam też tę porażającą ciszę w kolejkach elektrycznych, które zawsze szeleściły rozmowami, a szept i półgłos zawsze były bardzo wyraźne. Te kolejki elektryczne żyły swoim życiem. Kiedy wsiadłem – i tak było przez dwa tygodnie, może nawet przez miesiąc – w tych kolejkach elektrycznych była kompletna cisza. Taka cisza beznadziejności i bezsilności. Tak, to była po prostu bezsilność. Tę atmosferę pamiętam dokładnie i będę pamiętał zawsze”[6].
1971: Władza
„Wydarzenia grudniowe” – tak o tym, co stało się na Wybrzeżu, mówiono i pisano oficjalnie – stały się ostatecznym impulsem do zmian we władzach centralnych. Na czele Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułkę zastąpił Edward Gierek. Premierem mianowano Piotra Jaroszewicza. Zmuszono do dymisji I sekretarza Komitetu Miejskiego w Gdyni Hugona Malinowskiego. Nie zmienił się minister obrony narodowej, którym od 1968 roku pozostawał Wojciech Jaruzelski. W styczniu 1971 roku mówił na odprawie organów Wojskowej Służby Wewnętrznej: „Proszę towarzyszy, wydarzenia grudniowe ujawniły nam jeszcze raz dużą siłę ideową naszego wojska. Jego postawa stanowi dowód, że mamy zdrową, głęboko ideową kadrę i dobrego żołnierza. […] Wasza niełatwa, wieloletnia praca – nie zawsze spotykająca się w różnych okresach ze zrozumieniem i poparciem – przyniosła określone efekty. Wojsko nasze weszło do tych trudnych działań wyrównanym frontem. Mamy przecież za sobą doświadczenia czechosłowackie, które może nie były tak ciężkie, ale również wymagające wielkiego hartu, odporności i rozumu politycznego. Mamy za sobą marzec. A więc właściwie w ciągu trochę dwóch lat zdawaliśmy trzykrotnie trudny i bardzo odpowiedzialny egzamin, za każdym razem zdany z honorem”[7].
Rzeczywistości nie dało się jednak zaczarować. Nawet aktywiści z Podstawowych Organizacji Partyjnych, czyli zakładowych komórek PZPR, na styczniowych zebraniach zadawali gniewne pytania.
„Dlaczego strzelano do robotników w Gdyni, gdy nie było żadnych chuligańskich wybryków?”
„Dlaczego tow. Kociołek w przemówieniu telewizyjno-radiowym nawoływał pracowników do przystąpienia do pracy, a następnego dnia rano nie wpuszczono robotników do stoczni”.
„Jaki jest faktyczny stan zabitych, gdyż podaje się ten stan w różnych wersjach?”
„Obecnie mówi się o słusznych wystąpieniach robotników, dlaczego do nich strzelano podczas wystąpień, kto dał rozkaz milicji i wojsku o strzelaniu do cywilów?”
„Dlaczego prasa u nas nie pisze, jaka była sytuacja w kraju podczas wydarzeń grudniowych?”[8]
Jak w książce Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni podaje Piotr Brzeziński, do 20 grudnia pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej pracę straciło – w wyniku weryfikacji – 659 osób, czyli prawie osiem procent załogi. Weryfikacje przeprowadzano też w innych zakładach pracy. W pierwszym kwartale 1971 roku z gdyńskiej PZPR wystąpiło sto osób; w całej Polsce – 40 tysięcy robotników. Na odbudowanie się partia potrzebowała pięciu lat. Znając – z nasłuchu służb i rozmów z dyrektorami Stoczni, Portu i mniejszych zakładów pracy – społeczne nastroje, partia, wojsko i milicja postanowiły gniew ugasić strachem.
1971: Ludzie
Jerzy Kowalczyk: „Zaraz po świętach poszedłem do przychodni. Pielęgniarka spytała, gdzie pracuję. Mówię, że w Dalmorze, wtedy zza kotary wyskoczył lekarz i przypomniał: «Nie piszemy, żadnych wpisów nie robimy». Przykazał, bym po opatrzeniu kupił sobie szerokie bandaże elastyczne i owinął nimi żebra, żeby tak za bardzo nie pracowały – nieostrożny gwałtowny ruch mógł wywołać pęknięcie.
Na drugi dzień poszedłem do pracy. Wchodzę na biuro przepustek, wyjmuję przepustkę, chcę iść dalej, a wartownik: «Zaraz, zaraz, chwileczkę». Spojrzał na listę, którą miał na biurku i mówi: «Panie Kowalczyk, muszę panu zatrzymać przepustkę. Mam tutaj takie rozporządzenie». Zatrzymał przepustkę i wysłał mnie do działu kadr. Przedstawiam się, a sekretarka pyta: «Co się z panem działo? Porzucił pan pracę?» Ja na to, że jak porzuciłem, przecież byłem aresztowany, od 15 grudnia siedziałem we więzieniu za wydarzenia grudniowe. Ona pyta, czy mam jakieś pismo, zaświadczenie, a skoro nie, to oznacza, że porzuciłem pracę.
Zostałem dyscyplinarnie zwolniony i do 1984 roku nie miałem legalnej pracy, zarabiałem na czarno”.
Jerzy Miotke:„Ja zostałem przywrócony do roboty, za wstawiennictwem mojego brygadzisty, dopiero późnym styczniem. Stocznia zaczęła pracować z nowym rokiem. Wcześniej zaczęła się weryfikacja pracowników. Mnie komisja weryfikacyjna mocno przemaglowała. Byli w niej sekretarz partii, przedstawiciel Związku Młodzieży Socjalistycznej, mistrz. Poprosiłem o obecność brygadzisty, bo wiedziałem, że w Bolku Fujaku mogę znaleźć oparcie. On widział we mnie potencjał, uważał, że jestem perspektywicznym człowiekiem w tym fachu, więc od początku dawał mi swoistą ochronę. Nawet z tej racji nie lubiano mnie na wydziale. Przeczuwałem, że bez niego wywalą mnie z roboty, tak jak chyba z dwudziestu kolegów, którzy jakkolwiek wypowiadali się w czasie strajku. Ranni zostali dyscyplinarnie zwolnieni z dniem 19 grudnia. W 2008 roku jako kierownik wydziału zabrałem rejestry z 1970 roku. Widziałem więc te wpisy, że Marian Drabik, Stanisław Bartosiewicz, Tadeusz Jaroszyński – zwolnieni dyscyplinarnie. Nikt nie dopisał, że Drabik został postrzelony i leżał w szpitalu, a Jaroszyński najpierw pobity na Polskiej, a potem aresztowany w Wejherowie. Każdy, kto gdzieś się wypowiedział w sprawie strajku, został zwolniony dyscyplinarnie. Mnie ponad wszelką wątpliwość uratował Bolek.
Potem nastąpiła niby wielka odwilż. Naraz pojawiły się jakieś premie, na przykład tak zwana eksportowa. Stocznia sprzedawała statki do Islandii, do Francji, do Norwegii, więc domagaliśmy się, że skoro kraj ma dewizy, to i my chcemy z nich korzystać. Wypłacano nam tę premię w złotówkach, ale dwieście pięćdziesiąt – trzysta zł dla takiego chłopaka jak ja – z trzyletnim stażem – to była trzecia część mojego zarobku. Zupa w stołówce stała się nagle bardziej treściwa, okazało się, że raz w miesiącu można dostać nowe ciuchy, że pracujemy nowymi narzędziami, a nie własnoręcznie robionymi.
Ale nie wierzyliśmy Gierkowi. Hasła «Pomożecie? Pomożemy!» traktowaliśmy jak farsę. Wiedzieliśmy, że to nie są dla nas partnerzy. Nasi poszkodowani ludzie nie zostali przywróceni do pracy, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że cała ta odnowa to jakaś iluzja materialnej korzyści i tyle. Ideologicznie się nic nie zmieniło”.
Janina Żabkiewicz:„W rodzinie i w pracy nie przyznawałam się, że byłam 17 grudnia przy Miejskiej Radzie. Powiedziałam tylko bardzo zaufanym osobom, o których wiedziałam, że mnie nie wydadzą. W pracy – kierownikowi zakładu. To był bardzo sympatyczny, starszy pan, taka przedwojenna szkoła. Zapewnił, że nic się nie wyda.
A potem, w 1971 roku był nabór do partii. Namawiali wszystkich pracowników, żeby się zapisywać do partii.Pan prezes Spółdzielni Fryzjersko-Kosmetycznej, do której należał zakład, w którym pracowałam, zawołał mnie do biura i wręczył formularz. «Pani Żabkiewicz – mówi. – Pani jest dobrym pracownikiem, widzimy panią na kierowniczym stanowisku, ale jest warunek: proszę się zapisać do partii». Udawałam, że nie wiem, o co chodzi, tłumaczyłam, że mam małe dzieci, brakuje mi czasu. Zlałam się zimnym potem, bo wiedziałam, że jak odmówię, to będę szykanowana. No i oczywiście się tak stało. Drugi raz zawołała mnie sekretarka, znowu zdecydowanie odmówiłam. Wtedy zagrożono mi, że przeniosą mnie poza teren Gdyni. Mieszkałam na Witominie, więc obojętne, gdzie by mnie przenieśli – do gdańskiej Oliwy czy na Obłuże lub Oksywie, to byłoby dla mnie bardzo kłopotliwe. Wiązałoby się też z mniejszą pensją, bo pracowałam na procent. Pani kadrowa powiedziała, że albo zwolnię się sama albo oni mnie zwolnią. Mąż już wtedy zarabiał coś jako muzyk, więc postanowiłam, że trudno, zwolnię się.
Później nie pracowałam w swoim zawodzie”.
Henryk Mierzejewski:„Wiedziałem, że na razie nie mam wstępu do Stoczni, więc pojechałem do rodziny na Mazowsze, wróciłem do Gdyni po świętach. Okazało się, że byłem na zdjęciach z demonstracji, więc wielokrotnie wzywano mnie do kadr. Zatrudnieni tam ludzie, tak się mówiło, współpracowali ze Służbą Bezpieczeństwa. Dopytywali, indagowali, co tam robiłem, dlaczego jestem na tych zdjęciach. Powiedziałem, że jak wszyscy poszedłem protestować i tyle.
Jakoś, nie wiem, dlaczego, dano mi spokój. Przepustkę do Stoczni dostałem 27 stycznia 1971 roku. Wcześniej byłem na bezrobotnym, nigdy nie zapłacili mi za ten okres nieprzebywania w pracy. Trudno, nie chodziło przecież o pieniądze, tylko żeby znów dostać się do pracy. Dla mnie to było sprawą dość zasadniczą, bo moim zawodem był zawód okrętowca”.
Wiesław Godlewski:„Do szkoły wróciłem jakoś po miesiącu, może półtora. Każdy chciał wiedzieć, co się stało, każdy dopytywał, więc przez jakiś czas w kółko opowiadałem, co się stało mojemu bratu. Mama, żeby nie siedzieć sama w domu, postanowiła pójść do pracy. Tata podzwonił i została zatrudniona w zakładzie odzieżowym Truso. Tata, wojskowy, należał do klubu oficerów rezerwy. Oni spotykali się co tydzień czy dwa i ojciec w pewnym momencie dostał zakaz wchodzenia na teren jednostki. Bali się, że może weźmie broń, będzie chciał coś zrobić. Dopiero po trzech latach zniesiono ten zakaz.
Mijały lata w smutku, rodzice stracili syna, ja brata. Młody chłopak, który wchodził w życie nagle został zastrzelony, brutalnie zabity w drodze do pracy. Gdyby poszedł na wojnę, bronił ojczyzny, wtedy pewnie inaczej się to odbiera. A tu Polak do Polaka strzelał.
Na 1974 rok dostałem powołanie do wojska. Wcześniej, był chyba koniec 1973 roku, ktoś zadzwonił do drzwi. Ja szedłem do pracy na drugą zmianę, mama też, więc byliśmy w domu. Ona otworzyła drzwi, a tam stał młody milicjant, miał dwadzieścia dwa, może dwadzieścia trzy lata. Spytał, czy może wejść i czy tu mieszka Wiesław Godlewski. Powiedziałem, że tak, to ja jestem. Siadł i mówi, że ma zaznaczone, że ja idę na drugi rok do wojska, ale zgłosiłem chęć, żeby iść do milicji. Jak mama to usłyszała, to się zaczęło. Zjechała go równo. Że dwa lata temu zginął syn, a wy drugiego do milicji bierzecie? Szybko się zabrał. Po dwóch dniach przyjechał wysoki rangą milicjant i przepraszał mamę, że to pomyłka. Mama powiedziała, że to nie pomyłka, a prowokacja. Na widok milicjantów dostawała szału, traciła rozum. Ostatecznie dostałem przydział do jednostki wojskowej w Krakowie, ale tata przez znajomości załatwił, że zostałem w Elblągu. Zostałem kierowcą w sztabie dywizji pancernej. Przesłużyłem tam dwa lata. Dużo jeździłem z oficerami ze sztabu na poligonach. Raz trafiło mi się chyba najgorsze, co mogło – wożenie przez dwa dni generała Jaruzelskiego. Stałem przed nim i meldowałem, że gazik jest gotowy na wyjazd na poligon. Gdyby ten facet wiedział, kto go wozi, to chyba by zrezygnował”.
Roman Drywa: „Przez długi czas, jeszcze w trzeciej czy czwartej klasie, jak jeździłem po Gdyni i trolejbus zatrzymywał się przy Stoczni, to wypatrywałem ojca. Wierzyłem, że może jakoś się z tego wywinął, może odegrał wtedy scenę, a teraz nie może się ujawnić. Długo nie docierała do mnie prawda. A kiedy dotarła, przyszła wściekłość. Trenowałem sztuki walki, chciałem iść na zawodowca. Uczyłem się rzucać nożem. Planowałem, że znajdę zabójcę ojca.
W 1981 roku założyłem rodzinę. Mam syna, córkę i sześcioro wnuków. Syn Maciek na drugie imię dostał Brunon, po dziadku. Trochę go przypomina, zwłaszcza z usposobienia. Jest bardzo pogodnym człowiekiem. Mnie niestety ta pogodność gdzieś uciekła”.
Grudzień 1971
Zbliżająca się rocznica grudniowej masakry budziła obawy władz. Służba Bezpieczeństwa przeprowadziła szeroko zakrojone działania, by zapobiec nawet nie rocznicowym uroczystościom, a choćby minucie ciszy. Ostatecznie zezwolono, by 17 grudnia 1971 roku delegacje zakładów pracy złożyły kwiaty na grobach poległych kolegów. W gdyńskich kościołach Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Stanisława Kostki odprawiono msze święte w intencji ofiar.
Kilka dni wcześniej w Warszawie obradował VI Zjazd PZPR. Działacze z Trójmiasta spodziewali się wyjaśnień tego, co stało się przed rokiem. Jednak – jak tłumaczyli po powrocie: „Sprawa Grudnia ‘70 nie była poruszana na Zjeździe, ponieważ inne województwa tym się za bardzo nie przejmowały i było wielu dziennikarzy zagranicznych. Po co roztrząsać to, co już minęło i było w naszym kraju. […] Nasza partia zdobyła sobie szacunek w świecie, wszystkie [partie] zadowolone są, że nasza partia potrafiła w tym trudnym okresie Grudnia sama rozwikłać ten trudny problem, że nie potrzeba było żadnej interwencji z zewnątrz. Podkreślali to przedstawiciele bratnich partii”.
Ludzie porozumiewali się więc symbolami. Na murach pisano hasła i przyklejano kartki z wierszami. W ten sposób przedostała się do świadomości Ballada o Janku Wiśniewskim. Pierwsze wersje tekstu poświęconego chłopcu niesionemu na drzwiach Gdynianie spisywali z kartek przylepionych do ścian budynków. Milicja i Służba Bezpieczeństwa zacierały wszelkie ślady tak szybko, jak potrafiły.
1 listopada 1971 roku zniszczyli nawet znicze, które pojawiły się przy kładce nad przystankiem Gdynia Stocznia.
Jaki przyniosło to rezultat? Jak pisze w książce Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności historyk Marcin Zaremba: „Na pytanie, kiedy zaczęły się letnie strajki 1980 roku, powinno się odpowiedzieć przekornie, że zimą 1970 roku”.
Aleksandra Boćkowska
[1] I. Greczanik-Filipp, Pomnik nareszcie stanął, „Dziennik Bałtycki” 1993, nr 288.
[2] „Dziennik Bałtycki” 1970, nr 300.
[3] Wypowiedź pochodzi z rozmowy przeprowadzonej przez Justynę Zając w 2014 roku w ramach projektu prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[4] Jeśli nie zaznaczono inaczej, wypowiedzi świadków i uczestników Grudnia pochodzą z rozmów przeprowadzonych przez Annę Kisicką lub Marka Wąsa w latach 2021-2023 w ramach projektu Grudzień ’70. Nieobecność, prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[5] K. Wójcicki, Rozmowy z księdzem Hilarym Jastakiem, Gdynia 2002, s. 168-169
[6] J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, Przebieg, Konsekwencje, Warszawa 2020, s. 446.
[7] J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, Przebieg, Konsekwencje, Warszawa 2020, s. 448.
[8] Cytaty pochodzą ze sprawozdań zgromadzonych w Archiwum Państwowym w Gdańsku Oddział w Gdyni: Protokoły z posiedzeń POP, 1971, Zespół: Podstawowa Organizacja Partyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego „BALTONA” w Gdyni, sygn. 93/493/0/-/14; Protokoły z zebrań POP, 1971–1980, Zespół: Podstawowa Organizacja Partyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przy Kinach Gdyńskich w Gdyni, sygn. 93/503/0/-/1; Protokoły z zebrań POP, 1969–1972, Zespół: Podstawowa Organizacja Partyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Robotniczej Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej „Bałtyk” w Gdyni, sygn. 93/499/0/-/4.
Na stronie „Gdynia w sieci” możecie już podziwiać kolekcję 33 obiektów związanych ze Stocznią w Gdyni, która dwa dni temu obchodziła 103 urodziny otwarcia.
W zbiorze znalazły się nie tylko świetne fotografie autorstwa Janusza Uklejewskiego czy Bolesławy i Edmunda Zdanowskich, ale także dokumenty, pisma oraz… pamiątkowy młoteczek!
Dajcie się opleść sieci historii i odwiedźcie nasze cyfrowe archiwum!
Link: https://www.gdyniawsieci.pl/kolekcja/stocznia-w-gdyni/

fot. w tle: Hala Prefabrykacji Kadłubów Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, Janusz Uklejewski, 1965, MMG/HM/II/6070
fot. górna: Młoda Kadra, Bolesława Zdanowska, 1963, MMG/HM/II/2425/2
fot. dolna: Stoczniowcy Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, Janusz Uklejewski, 1962, MMG/HM/II/6073/1
Posłuchaj artykułu!
Żeby zrozumieć, dlaczego ogłoszenie podwyżek cen wywołało protesty robotników, warto przyjrzeć się warunkom życia pod koniec 1970 roku i atmosferze, jaka panowała wtedy w Gdyni.
1.
„Dziennik Bałtycki” w pierwszych dniach grudnia 1970 roku, w sposób typowy dla prasy tamtych lat, łączył patos i beztroskę, przechwałki i troskę.
„Można pozazdrościć mieszkańcom ulicy Śląskiej w Gdyni gęstej sieci placówek handlowych. Przy tym sklepy modernizują się. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ponure wnętrza niektórych placówek handlowych zamieniły się już w jasne, estetyczne i pomysłowo udekorowane towarem sklepy”[1] – pisano, by w następnych akapitach wytknąć, że w spożywczym straszy krata, a w warzywno-owocowym bez opamiętania piętrzą się skrzynki, beczki i worki z towarem, co nie tylko brzydko wygląda, ale też zagraża kupującym – ostre części drewnianych skrzynek mogą spowodować rozdarcie odzieży, a nawet skaleczenie.
„Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni przygotowuje się do zdania w bieżącym miesiącu dwóch statków” – informowano o zbiornikowcu „Nachodka” dla armatora radzieckiego i trawlerze – zamrażalni „Kalmar” dla świnoujskiej „Odry”. „Załogi wydziałów kadłubowych wykazują pełne zaangażowanie, starając się własnymi siłami uporać z kłopotami wynikającymi głównie z niepełnego zabezpieczenia materiałowego oraz braków kadrowych”[2]. W tym samym numerze zapowiadano udogodnienia dla stoczniowców: budowę na terenie zakładu czterokondygnacyjnego ośrodka zdrowia i baru szybkiej obsługi, a w Wieżycy – ośrodka wczasów rodzinnych. „Z funduszów rady zakładowej zakupiono w bieżącym roku sześć dodatkowych łodzi plastykowych, wzbogacając ponadto tabor wodny o dalszych osiem rowerów wodnych wykonanych w stoczni”[3].
Chwalono Technikum Chłodnicze w Gdyni za dobrze wyposażone pracownie i gabinety.
W niedzielę, w wydaniu poświęconym w dużej mierze komunikatowi o podwyżkach, opublikowano zdjęcie – czarno-białe i niewyraźne, jak wszystkie ilustracje w codziennej prasie tamtej epoki – przedstawiające dużo świateł, poświatę z neonów i auto. Podpis głosił: „Gdynia – ulica Świętojańska w nocy”. To chyba miał być optymistyczny akcent.
Te wszystkie miejsca – sklepy spożywcze, Stocznia im. Komuny Paryskiej, chłodniczak i Świętojańska – jeszcze wrócą w tej opowieści.

Jednorazowa przepustka nadzwyczajna dla Ob. Walczuk Zofii ważna wyłącznie na dzień 17 i 18 grudnia 1970 roku, wyd. Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni, 17.12.1970 (ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni, sygn. MMG/HM/I/4188
2.
Na razie opowiedzmy o tym, co pomijały gazety, czyli o warunkach, w których żyli wtedy Gdynianie (i w ogóle Polacy). Zarabiali średnio 2 273 zł, a pensje od dawna prawie nie rosły (jak podaje Piotr Brzeziński w opracowaniu Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni: w 1970 roku podwyżki nie przekroczyły 1,3 proc. (dla porównania w drugiej połowie lat pięćdziesiątych płace wzrosły o 35 proc.[4]). Pralka Frania kosztowała 2050 zł, płaszcz 1370, kilo schabu albo kurczaka – ponad 50 zł.
Prawie połowę dochodów przeznaczali na kupowanie jedzenia. Przy czym kupowanie było wyzwaniem. W listopadzie 1970 roku – jak podaje Piotr Brzeziński – w sklepach brakowało mięsa, wędlin, smalcu, masła, kawy i słodyczy. Każdego dnia Polki i Polacy spędzali półtorej godziny w kolejkach. Na spółdzielcze mieszkania czekało sześć tysięcy osób, średnio siedem-osiem lat.
3.
„Żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Przez znajomości dowiedzieć się, gdzie ewentualnie będzie dostawa – opowiadał Henryk Mierzejewski, pracownik Stoczni, uczestnik demonstracji z 15 grudnia. – Jako monter kadłuba, musiałem wszystko, co było niezbędne do pracy, dźwigać na plecach. Stocznia zajmowała rozległy teren, a 50 metrów przewodów spawalniczych, palniki – całe oprzyrządowanie ważyło, ja wiem, z 80 kilo. Bojąc się, że ukradną, nie mogłem zostawić tego na stanowisku pracy, musiałem to zabierać z powrotem i tak dalej. Zmęczony po pracy, zamiast odpoczywać, człowiek musiał iść, by stać w kolejkach po różne najpotrzebniejsze rzeczy”.[5]
„Mieszkaliśmy z żoną u teściów, zajmowaliśmy siedmioipółmetrowy pokoik z piecem kaflowym – opisywał Konrad Ałumowski, pracownik Przedsiębiorstwa Budowy Urządzeń Chłodniczych, który 15 grudnia znalazł się w Komitecie Strajkowym; miał wówczas 32 lata, rok wcześniej przyszła na świat jego pierwsza córka. – Moja teściowa społecznie się udzielała w WSS Społem, dzięki czemu było łatwiej ze zdobyciem żywności. A że nie musieliśmy teściom za nic płacić, to mieliśmy pieniądze, żeby ubrać się, coś kupić”.
Jerzy Miotke pracował w Stoczni i uczył się w technikum. Mieszkał z matką i czwórką rodzeństwa –. Matka – z wykształcenia handlowiec, pracowała jako dozorczyni, dorabiała piorąc obrusy z położonej po sąsiedzku restauracji Złoty Róg. „Pralnia znajdowała się na szóstym piętrze w bloku, na miejscu były kotły. Węgiel wnosiliśmy. Obrus wymaga, żeby go najpierw wygotować w temperaturze 80-90 stopni, w mydlinach czy wiórkach mydlanych. Potem kilkukrotnie trzeba było zmieniać wodę. Wreszcie wkładało się tkaninę w wyżymaczkę, czyli między kręcące się walce i odsączało. Potem obrusy schły na tarasie” – opowiadał. On zarabiał osiemset złotych. Dla podreperowania budżetu jeden z dwóch pokoi w pięćdziesięciojednometrowym mieszkaniu wynajmowali studentom ze środkowej Polski. „Zatem, razem z mamą w szóstkę, mieszkamy w mniejszym pokoju. To jest nasza sypialnia, to jest nasz pokój do zabaw, to jest nasz pokój do przygotowania się do lekcji. Właściwie całe życie codzienne odbywa się w kuchni” – wspominał też, że pod nieobecność studentów mogli ze starszym bratem przy stole ich pokoju odrabiać lekcje. W październiku 1970 roku brat został powołany do wojska w Elblągu. „Na szczęście dla niego był przed przysięgą i został w koszarach, kiedy jego jednostka pacyfikowała miasto” – wspominał Jerzy Miotke.
Zapamiętał tamtą jesień detalicznie: „Chleb [w zależności od gatunku] kosztuje trzy złote dziesięć groszy, trzy trzydzieści albo cztery złote. Litr mleka w granicach dwóch pięćdziesiąt. Masło dziesięć pięćdziesiąt, kilogram cukru również.
Gdynia posiada niezłą Halę Targową, w związku z tym większość zakupów nie czynimy w sklepach spożywczych, których jest mnóstwo, ale właśnie od osób, które przyjeżdżają z powiatu kościerskiego czy kartuskiego – od prywatnych rzeźników i hodowców, którzy na podwórku mają kurę i potem ją sprzedają. Można się nadziać na mięso z bardzo starego kurczaka albo wołowinę, której nie idzie pogryźć. Ale ekonomicznie to bardziej opłacalne.
Bieda jest totalna. Na co dzień nie używamy masła, tylko margaryny. Chleb smaruje się margaryną Palma. Dobrze, jeżeli matka pozwoli posypać cukrem. W niedziele jest trochę więcej, że tak powiem, kurtuazji. Wspólnie zasiadamy do śniadania, jemy jajecznicę. Ponieważ siada sześć osób, to 20 jajek schodzi swobodnie. Jajecznicę czymś okraszamy, boczkiem czy słoniną. Chleba się wtedy nie smaruje. Nie pijemy herbaty, a tak zwaną czarną kawę zbożową, która stoi cały dzień na piecu.
Mamy miejskie ogrzewanie, ale wodę podgrzewało się junkersem, a gotowało na tak zwanej westfalce, czyli piecu na węgiel. W niedziele o godz. 14 jemy jedyny raz w tygodniu dwudaniowy obiad. Tradycyjnie na pierwsze jest rosół, a na drugie mięso, które posłużyło do wywaru – jakieś mielone czy bitki”.
Opłaty za mieszkanie i jedzenie stanowiły 70-80 proc. budżetu. Na ubrania matka Jerzego Miotke wydawała tyle, ile naprawdę musiała. Kiedy kupowała dla najstarszego syna, zawsze z myślą, że musi to starczyć dla młodszych dzieci. „Długo sądziłem, że nie ma mnie na żadnym zdjęciu z Grudnia. Aż siostra poznała mnie po kurtce. W tłumie ludzi przy Urzędzie Miasta, wypatrzyła kurtkę z obszytym oszukanym misiem kapturem, którą potem po mnie nosiła”.
Zygmunt Sieradzan dzielił pokój z bratem Stanisławem, uczniem Technikum Chłodniczego. „Mieszkaliśmy przy Dzierżyńskiego, to obecna Legionów, zajmowaliśmy dwa pokoje z kuchenką. W oryginalnej przedwojennej wersji mieszkanie było większe, ale po wojnie podzielili – opowiadał. – Nie było centralnego ogrzewania, więc ojciec – hydraulik, założył boiler. Żeby mieć ciepłą wodę, paliliśmy węglem. Gotowało się na westfalce, chłodziło w takiej szafce pod oknem. No i naprzeciwko mieszkała sąsiadka, która pierwsza kupiła telewizor. Jak tylko coś wyświetlali zlatywała się cała klatka”.
Roman Drywa miał w 1970 roku dziewięć lat. Jesienią jego ojciec, Brunon Drywa – sztauer w Zarządzie Portu Gdynia – dostał mieszkanie w bloku na Chyloni. „Na Małym Kacku warunki były surowe. Mieszkaliśmy – z rodzicami i moimi młodszymi siostrami, Gabryśką i Mariolą – w drewnianym bliźniaku: zajmowaliśmy dwa pokoje, w przedsionku mieściła się mała kuchnia. Do toalety chodziliśmy na zewnątrz – relacjonował Roman Drywa. – Zatem przeprowadzka do nowego bloku była szczęśliwym wydarzeniem, spełnieniem marzeń. Tego dnia pod szkołę zajechał portowy samochód z plandeką, wysiadł z niego ojciec, zabrał z lekcji mnie i siostrę, wrzucił na pakę i pojechaliśmy na Leszczynki na nowe mieszkanie. Wzięliśmy łóżka, pościele, kredens, stół i krzesła, a resztę rodzice zamierzali dokupić w przyszłości. Zdecydowali, że skoro dotąd mieściliśmy się w dwóch pokojach, to teraz trzeci wynajmą, żeby dorobić na wyposażenie. Zamieszkał tam marynarz, pan Bolek, przesympatyczny człowiek. Praktycznie cały czas był w rejsach, gdy wracał przywoził dla nas łakocie. Po grudniowej tragedii stał się dla nas opoką”.
4.
Władza oczywiście zdawała sobie sprawę zarówno z beznadziejnej sytuacji gospodarczej, jak i z tego, że ludzie są potwornie zmęczeni. Wierzyła, że kryzysowi ekonomicznemu zapobiegną podwyżki – miały być częścią reformy gospodarczej. Na rozwiązanie kryzysu społecznego szukała sposobów w znanym sobie arsenale środków, na razie wybierając z niego inwigilację i zastraszanie.
O podwyżkach mówiło się co najmniej od początku 1970 roku. „Cały rok charakteryzował się stanem nieustannego napięcia społecznego. Kraj kilkakrotnie ogarnęły fale paniki wywołanej pogłoskami o podwyżce cen. Masowo wykupywano produkty, przede wszystkim artykuły spożywcze”[6] – piszą historycy Tomasz Balbus i Łukasz Kamiński.
Jerzy Eisler w książce Grudzień 1970. Geneza, Przebieg, Konsekwencje przywołuje wspomnienia Piotra Kostikowa, który nadzorował sprawy polskie w Wydziale Łączności z Bratnimi Partiami Krajów Socjalistycznych Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Kostikow o planach podwyżek słyszał od 1969 roku, ale po wakacjach 1970 miał nadzieję, że decyzja przeciągnie się do wiosny.
W październiku 1970 roku I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR w Gdyni Hugon Malinowski informował na zebraniu partyjnym: „Na terenie Gdyni notujemy coraz więcej sygnałów krytykujących naszą sytuację zaopatrzeniową na rynku. Braki w zaopatrzeniu przypisuje się mającej rzekomo nastąpić podwyżce cen. Rytmika dostaw do sklepów, zwłaszcza mięsnych, jest niezadowalająca. Na zakładach pracy, gdzie odbywają się zebrania sprawozdawczo-wyborcze, robotnicy żądają informacji na temat aktualnej sytuacji rynkowej”[7].
Wreszcie, gdy decyzja zapadła, zmobilizowano milicję i wojsko, a Służba Bezpieczeństwa 11 grudnia rozpoczęła akcję o kryptonimie Jesień ’70. „Miała na celu analizowanie nastrojów społecznych oraz «likwidowanie wszelkich prób aktywizowania się pojedynczych osób i grup organizatorów przerwań pracy, prowodyrów i demagogów»”[8] – wyjaśnia Piotr Brzeziński. W sobotę 12 grudnia po południu w gdyńskich przedsiębiorstwach sekretarze Podstawowych Organizacji Partyjnych PZPR spotkali się z działaczami i przekazali im list Biura Politycznego dotyczący podwyżek. Zebrania przebiegły we względnym spokoju, choć robotnicy nie szczędzili krytycznych słów. W Gdyńskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego jeden z pracowników powiedział, że „niektórzy funkcjonariusze MO od kilku dni mówili o mającej nastąpić podwyżce i namawiali ludzi do wykupywania towarów”[9].
Istotnie, wtedy już całe miasto wiedziało. Do sklepów ustawiały się kolejki, wykupywano mąkę, kaszę, cukier i słodycze. Wieczorem wiadomość o podwyżce podano w telewizji, a nazajutrz komunikat wydrukowały gazety.
5.
Od poniedziałku trwały protesty w Gdańsku, we wtorek zaczęli strajkować pracownicy przedsiębiorstw w Gdyni. O ósmej rano ponad 1500 stoczniowców wyruszyło w kierunku centrum miasta. Wraz z przedstawicielami załóg Gdyńskiej Stoczni Remontowej, Dalmoru i Portu około godziny dziewiątej dotarli przed Prezydium na rogu ulic Świętojańskiej i Czołgistów (dziś aleja Piłsudskiego). Tu skręcili we Władysława IV i poszli w kierunku Komitetu Miejskiego PZPR.
Konrad Ałumowski, pracownik Przedsiębiorstwa Budowy Urządzeń Chłodniczych, znalazł się w tym tłumie przypadkowo. Rano załatwiał służbowe sprawy w Gdańsku, prosto z dworca miał wrócić do pracy. Wysiadł z pociągu i trafił na demonstrację. Dołączył. Pytany po latach, dlaczego – odparł: „Młody duch. W tamtym momencie pomyślałem po prostu, że może się do czegoś przydam”. Chwilę później uczestniczył w rozmowach z Janem Mariańskim, w jego gabinecie w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, a w nocy – wraz z innymi osobami z Komitetu Strajkowego – został aresztowany.
Wydaje się, że niewinne słowo „przypadek” jest jednym z najboleśniejszych związanych z masakrą Grudnia. Konrad Ałumowski przypadkiem został łącznikiem Komitetu Strajkowego. Dwa dni później robotnicy, wysłuchawszy wystąpienia wicepremiera Stanisława Kociołka, po prostu poszli do pracy. „Jeszcze raz ponawiam, stoczniowcy, adresowane do was wezwanie – przystąpcie do normalnej pracy! Są do tego warunki, jest to także potrzebne, by już wkrótce móc w spokoju świętować i witać Nowy Rok”[10] – apelował Kociołek. Lokalne radio i telewizja wyemitowały przemówienie dwukrotnie: o godz. 21.00 i o 22.30. Wtedy już wojsko blokowało Stocznię, ale – mimo oddolnych prób – nie udało się przekazać tej wiadomości pracownikom.
Zygmunt Sieradzan: „Zapowiadał się zwykły dzień. Każdy poszedł do swoich zajęć. Ja do pracy, brat prawdopodobnie do szkoły”.
Roman Drywa zapamiętał, że w czwartek rano do ojca przyszedł przyjaciel z Portu: „Pytał: «To co, idziemy czy nie idziemy? Bo przecież Kociołek wzywa do pracy». Pogadali chwilę, ojciec powiedział: «Poczekaj, skoczę przynieść pranie». Matka prosiła wcześniej, żeby zniósł jej pralkę do piwnicy, gdzie były pralnia i suszarnia – dla nas, dzieciaków świetne miejsca do ganiania i zabawy w chowanego. Pralkę – to była wirówkowa Frania – zdążył znieść zanim przyszedł kolega. Wrócił na górę po michę z ciuchami, zniósł na dół, a potem zatrzymał się przy wejściu do klatki, podniósł rękę, uśmiechnął się i powiedział: «idę do pracy, cześć». To «cześć» utkwiło mi w pamięci”.
Małgorzata Bojke, młodsza siostra Jerzego Skonieczki opowiadała, że w rodzinie wszyscy liczyli, że piętnastoletni Jerzy wkrótce skończy szkołę i podejmie pełnowymiarową pracę. Już jako nastolatek pomagał mamie. Sprzedawał lody na plaży, łowił ryby, wiedział skąd wziąć węgiel dla rodziny i sąsiadów. „Kto nie ma dzieci, nie zrozumie, co one potrafią zrobić. Trzeba by łańcuchem przykuć, żeby nie uciekły. Kiedy Jerzy zobaczył przez okno zamieszki, nie mógł usiedzieć. Czołgi koło domu – ciekawiło go, co się dzieje, chciał zobaczyć z bliska. Nikomu nie powiedział, że gdzieś się wybiera, wymknął się przez okno łazienki. Mama nawet nie wiedziała, że nie ma go w domu”.
Wanda Janikowska poszła razem z narzeczonym Stanisławem Lewandowskim i kilkorgiem znajomych zobaczyć, co dzieje się w mieście. Przechodzili tunelem pod torami, gdy nadleciał helikopter: „Zrzucał ulotki, nagle patrzę – strzelają. Wszyscy się rozbiegli, ja orientuję się, że Stasia nigdzie nie ma. Pełno ludzi, każdy parł do przodu, żeby więcej zobaczyć. Albo uciekali pod most. Zapanował popłoch, jeden na drugiego właził, żeby się schować. Sądziłam, że Staś zaraz przybiegnie. Jednak nie przybiegł. Wróciłam do domu pewna, że wkrótce wróci. Czekałam razem z dwiema siostrami i mamusią. Na styczeń zaplanowaliśmy ze Stasiem ślub. W szafie wisiała błękitna sukienka, on miał uszyty garnitur.”
Grażyna Paśniewska, siostrzenica Stanisława Lewandowskiego młodsza od niego ledwie o cztery lata, zapamiętała, że gdy wraz z rodziną odbierała w gdyńskim Urzędzie Stanu Cywilnego akt zgonu wuja, rozbrzmiały dźwięki Marszu Mendelsona, ktoś akurat brał ślub.
6.
Grażyna Paśniewska mieszkała wtedy we Wrocławiu. Przyjechała do Gdyni na święta. Na dworcu czekał brat koleżanki. Powiedział: „Grażyna, słuchaj, Stasiu nie żyje, zastrzelili go”.
26-letni Stanisław Lewandowski został postrzelony w okolicy Pogotowia Ratunkowego przy ul. Żwirki i Wigury. Zmarł w Szpitalu Miejskim.
15-letni Jerzy Skonieczka został postrzelony przy Kieleckiej, w okolicach szkoły, do której chodził. Zmarł nazajutrz nad ranem w Szpitalu Morskim w Redłowie.
34-letni Brunon Drywa został postrzelony na peronie SKM Gdynia Stocznia. Zmarł następnego dnia w Szpitalu Morskim w Redłowie.
Stanisław Sieradzan „doznał przestrzału klatki piersiowej połączonego z przestrzałem płuca prawego, wątroby, żołądka, tętnicy głównej i żyły próżnej oraz żebra VIII”. Stało się to w okolicy przystanku SKM Gdynia Stocznia albo po południu w rejonie Prezydium. Zmarł podczas operacji w Szpitalu Morskim.
17 grudnia 1970 w Gdyni zginęło osiemnastu młodych mężczyzn.
Aleksandra Boćkowska
[1] sza, Sklep czy rupieciarnia, „Dziennik Bałtycki” 1970, nr 285.
[2] sta, Jeszcze dwa statki oddadzą w tym roku stoczniowcy gdyńscy, „Dziennik Bałtycki” 1970, nr 289.
[3] sta, Nowy ośrodek zdrowia. Bar szybkiej obsługi i stołówki. Wczasy, kolonie, „Dziennik Bałtycki” 1970, nr 289.
[4] P. Brzeziński, Narastająca frustracja [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, A. Nadarzyńska-Piszczewiat, Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni, Gdynia 2020.
[5] Wypowiedź pochodzi z rozmowy przeprowadzonej przez Justynę Zając w 2014 roku w ramach projektu prowadzonego przez Muzeum Miasta Gdyni.
[6] T. Balbus, Ł. Kamiński, Wydarzenia grudniowe 1970 roku poza Wybrzeżem, 2002, [w:] J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, Przebieg, Konsekwencje, Warszawa 2020, s. 88.
[7] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, E. Nadarzyńska‑Piszczewiat, dz. cyt., s. 14.
[8] Tamże, s. 15
[9] R. Chrzanowski, Krew na ulicach, [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, E. Nadarzyńska‑Piszczewiat, dz. cyt., s. 39.
[10] R. Chrzanowski, Krew na ulicach, [w:] P. Brzeziński, R. Chrzanowski, E. Nadarzyńska‑Piszczewiat, dz. cyt., Gdynia 2020, s. 39.
W najbliższą sobotę w uroczystość Wszystkich Świętych, Muzeum będzie zamknięte.
Cały zespół Muzeum Miasta Gdyni życzy Państwu tego dnia spokojnego czasu, spędzonego na refleksji w gronie rodzinnym.
Natomiast w niedzielę (02.11.) jesteśmy otwarci dla wszystkich zwiedzających od godziny 10:00 do godziny 17:00. Dodatkowo, o godzinie 14:00 zapraszamy na oprowadzanie po wystawie stałej Gdynia – Dzieło Otwarte kluczem haseł: port, morze, architektura.